Spiseks

 

 Spiseks

 Leciałem do Zośki jak wariat na skrzydłach, pełen energii i ekscytacji. . Ta dziewczyna to prawdziwy żywioł, wręcz diabeł wcielony, lub nawet szatan.  Muszę jednak przyznać, że ostatnio nieco mnie poniosło, trochę przesadziłem. Ostatnio  Co ja mówię: trochę! Porządnie mnie wzięło! Żeby namawiać ją do takich perwersji! „Trochę” to mało powiedziane – kompletnie straciłem głowę! Namawiać ją na takie rzeczy? 

  Przecież Nawet najbardziej wyzwolona kobieta, czy urodzona nimfomanka  mogłaby poczuć się urażona lub oburzyć  moimi propozycjami. Tak to bywa, kiedy po alkoholu, puszczają wszelkie hamulce.Wtedy można przesadzić z fantazjami.  Co prawda na wszystko przystała, ale oboje byliśmy wtedy pod wpływem alkoholu. Kropnie sobie człowiek ciutkę, . . naogląda się pornosów, to nie dziwota, że mu się potem we łbie pochrzani i człowiekowi zaczynają przychodzić do głowy dziwne pomysły.


 

  A przy kimś takim jak Zośka, namiętność i fantazja po prostu przejmują ster. Kiedy ma się  taką kochankę jak Zośka -kilka wyuzdanych numerków musi zrobić bezwarunkowo!

 Szczerze mówiąc, po tym, co działo się ubiegłej nocy, byłem przekonany, że wystawi mi walizki za drzwi albo przynajmniej przestanie odbierać telefony. Tymczasem ona sama zadzwoniła:
– Cześć, przystojniaku. Aleś mnie wczoraj wymęczył! Nie spodziewałam się po tobie takiej inwencji zboczusiu. Masz wolny wieczór? Chętnie ci się zrewanżuję za to „wczoraj”. Czas na rewanż, chyba że wymiękasz?

 Prowokatorka i Diablica! Ja miałbym wymiękać? Idąc do niej odtworzyłem w pamięci szczegóły wczorajszej orgii , analizowałem w myślach każdy szczegół naszej ostatniej zabawy. Te wspomnienia tak mnie nakręciły, że pod jej drzwiami ledwo panowałem nad emocjami. Byłem  tak gotowy na wszystko, że z niecierpliwości o mało nie wyważyłem drzwi,

 Niestety, entuzjazm opadł błyskawicznie, gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania. Poczułem się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. W salonie, jak gdyby nigdy nic, siedziała koleżanka Zośki. Kojarzyłem ją, całkiem atrakcyjna dziewczyna, ale w tym momencie była ostatnią osobą, którą chciałem widzieć. Moje plany na upojny wieczór legły w gruzach, z bzykania nici. Spojrzałem na Zośkę z wyrzutem i niedowierzaniem.

 

 – Coś taką minę zrobił? – zapytała Zośka z szelmowskim uśmiechem, mrużąc te swoje kocie oczy. – Poznaj Aśkę. Zostaje dzisiaj z nami.

„No, pięknie” – przemknęło mi przez myśl, a w środku aż się we mnie zagotowało. Po co w takim razie mnie wzywała? Po co te wszystkie obiecanki i prowokacje przez telefon? Czułem się jak naiwny dzieciak, którego zwabiono na obiecany deser, a potem zaserwowano mu czerstwą kromkę chleba w towarzystwie kogoś obcego. Zły jak osa, rzuciłem się na wersalkę, chwyciłem pierwszą z brzegu gazetę i zacząłem w niej nerwowo kartkować, udając, że artykuł o uprawie pelargonii to najbardziej fascynująca rzecz pod słońcem. W głowie miałem tylko jeden plan: jak kulturalnie, ale skutecznie spławić tę całą Aśkę.
Nagle poczułem szarpnięcie. Zanim zdążyłem zaprotestować, Zośka jednym zdecydowanym ruchem pozbawiła mnie spodni.
– Durna?! – krzyknąłem, ale w jej oczach nie było cienia skruchy. Śmiała się perliście, ignorując moje oburzenie, i bez zbędnych ceregieli wsunęła dłoń pod moje slipki. – Zostaw, przecież nie jesteśmy sami… – zacząłem, ale słowa uwięzły mi w gardle.

 
Spojrzałem na Aśkę i gazeta z głośnym szelestem wypadła mi z rąk. Jasny gwint, co tu się działo? Dziewczyna stała nade mną naga, promieniując pewnością siebie, jakby bycie obserwowaną w takim stanie było dla niej naturalne jak oddychanie.
– Odsuń się, Zośka – powiedziała niskim, aksamitnym głosem. – Ja jestem pierwsza.
Kiedy ona zdążyła się rozebrać? I co, do cholery, ona zamierza? W jednej sekundzie wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. To był spisek! Słodki, wyrachowany rewanż Zośki za moje wczorajsze wyczyny. Chciała mi pokazać, że w tej grze to ona rozdaje karty. O, szelma!
Aśka nie czekała na zaproszenie. Z głodem w oczach zabrała się do dzieła, jakby od tego zależało jej życie. Jej dotyk był pewny, a technika sprawiała, że krew w moich żyłach zaczęła krążyć z prędkością światła. Błyskawicznie zapomniałem o złości i o tym, że jeszcze przed chwilą chciałem ją wyprosić.
– Niezła jest, co? – spytała Zośka, przyglądając się nam z boku z wyraźną satysfakcją.
– Skąd ty ją wytrzasnęłaś?! – wykrztusiłem, walcząc o oddech. Zośka nie odpowiedziała. Zamiast tego zaczęła powoli zrzucać z siebie ubranie, aż zostały na niej tylko pończochy. Wiedziała doskonale, że ten widok działa na mnie lepiej niż jakikolwiek afrodyzjak. Podeszła bliżej, kusząc mnie swoim ciałem, pozwalając, bym na chwilę zatopił się w jej cieple, po czym zwinnie się odsunęła, oferując mi jeszcze większą bliskość.
Niedźwiedź dobierający się do plastra miodu nie wykazuje takiej determinacji, z jaką ja rzuciłem się w te miłosne igraszki. Zapach ich ciał, mieszanka perfum i pożądania, całkowicie odebrał mi rozum. Kto twierdzi, że na świecie istnieją słodsze nektary niż kobieca bliskość, ten najwyraźniej nigdy nie spotkał kogoś takiego jak Zośka. Znamy się lata, a ona wciąż potrafi mnie zaskoczyć, wciąż sprawia, że czuję się jak nowicjusz na pierwszej randce.
– Och, Zośka – mruknąłem, czując, że tracę kontakt z rzeczywistością. – Ty chyba jesteś z lukru!
– No, to uważaj – zaśmiała się, gładząc mnie po policzku – żebym ci się za szybko nie rozpuściła.
Tymczasem Aśka nie zwalniała tempa. Jej zaangażowanie było wręcz nieprawdopodobne. Skąd brała tę pasję? Jak można z taką intensywnością oddawać się komuś, kogo widzi się niemal pierwszy raz na oczy? Czułem, jak wewnątrz mnie wzbiera fala ognia, której nie byłem w stanie powstrzymać. I stało się. Emocje wzięły górę, bariery pękły.
Leżałem potem, trzymając Zośkę za pośladki, wtulony w jej skórę, chłonąc ten obezwładniający zapach, który był dla mnie definicją szczęścia. Jeśli tak pachnie raj, to nie chcę stąd nigdy odchodzić.
 

 
Mówi się, że gdy kobieta przyjmuje od mężczyzny tak intymny dar, musi być albo głęboko zakochana, albo niezwykle wyzwolona. W przypadku Aśki nie miałem wątpliwości – to drugie przejęło nad nią całkowitą kontrolę. Czułem, jak uchodzi ze mnie całe napięcie, jakbym został oczyszczony z każdej negatywnej myśli.
– A ja? – zapytała cicho Zośka, w której głosie brzmiała nuta zazdrości zmieszanej z ekscytacją.
Aśka nachyliła się nad nią, dzieląc się z nią smakiem tego zwycięstwa w długim, lubieżnym pocałunku. To był widok, który sprawił, że czas na moment stanął w miejscu. Wiedziałem jednak, że nie mogę pozostać jedynie obserwatorem. Czas było przejąć inicjatywę.
Aśka ułożyła się wygodnie na wersalce, zapraszając mnie gestem, któremu nie sposób było się oprzeć. Kiedy zbliżyłem się do niej, uderzyła mnie jej naturalność. Jej ciało było mapą temperamentu, którego nie próbowała w żaden sposób maskować. Obfitość jej kobiecości była imponująca, wręcz onieśmielająca, zdradzając naturę kogoś, kto nie uznaje kompromisów w sferze rozkoszy. To nie była skromna dziewczyna z sąsiedztwa – to była kapłanka zmysłów. Dobrałem się do tego zakazanego owocu i poczułem niemal egzotyczną słodycz, jakby natura postanowiła nagrodzić mnie za cały trud dzisiejszego wieczoru bez konieczności mozolnej wspinaczki na szczyt. Moje siły, jeszcze przed chwilą uśpione, powróciły z podwójną mocą.
Zośka również nie zamierzała stać z boku. Stała się reżyserką tego spektaklu, pieszcząc ciało Aśki i jednocześnie dbając o to, bym ani na sekundę nie stracił zapału.
– Załóż zabezpieczenie – poprosiłem szeptem, na co skinęła głową z uśmiechem pełnym zrozumienia.
Kiedy tylko byłem gotowy, uniosłem się i złączyłem z Aśką w sposób, który odebrał nam wszystkim mowę.
Zaczęła się miłosna symfonia, rytmiczny taniec trzech ciał, który przypominał pędzące konie na wielkiej gonitwie. To był Służewiec w pigułce – kurz, pot, adrenalina i niesamowite tempo. Pomysły Zośki przekraczały moje najśmielsze wyobrażenia o tym, co jest możliwe między ludźmi. Choć wizja trójkąta wielokrotnie nawiedzała moje sny, nigdy nie sądziłem, że rzeczywistość może tak drastycznie przyćmić fantazję.
– Oszczędzaj siły, kochany – szepnęła mi do ucha Zośka, kiedy na chwilę nasze usta się spotkały. – Przed tobą jeszcze długa droga.
– Spokojna głowa – stęknąłem, choć czułem, że moje tętno osiąga niebezpieczne granice.

 
W miarę jak czas płynął, moja ciekawość i pożądanie pchały mnie do odkrywania nowych rejonów. Aśka była jak otwarta księga, gotowa na każdy eksperyment. Zmienialiśmy konfiguracje, przechodząc od klasycznych uniesień do bardziej wyrafinowanych form bliskości. Wkrótce nadszedł moment zmiany partnerek – powrót w ramiona Zośki był jak powrót do domu, choć muszę przyznać, że moje ruchy stawały się coraz mniej płynne, a oddech coraz cięższy.
Zmęczenie zaczęło w końcu upominać się o swoje. Przestrogi Zośki nie były czczym gadaniem. Przeliczyłem się, wierząc w swoją niezniszczalność. Gdzieś po trzeciej rundzie poczułem, że moja „gwarancja na niezawodność” właśnie wygasła. Wczorajsze szaleństwa, które miały być tylko rozgrzewką, teraz wystawiły mi słony rachunek. One jednak nie znały litości. Dopiero teraz w pełni zrozumiałem perfidny plan mojej małej diabliczki. Chciała mnie wycisnąć do ostatniej kropli, sprawić, bym przez najbliższy tydzień na samą myśl o bliskości czuł jedynie potrzebę snu. I udało jej się to po mistrzowsku.
Nie pozwolono mi odejść przez całą noc. Nad ranem, gdy pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać do pokoju, czułem się jak zużyty przedmiot, pozbawiony energii i woli walki. Wyglądałem pewnie jak cień człowieka.
– No, teraz możesz iść odpocząć – powiedziała Zośka, żegnając mnie w progu z tym swoim nieznośnym, triumfującym błyskiem w oku. – A my z Asią pobawimy się przez te parę dni we własnym towarzystwie.
I dotrzymała słowa. Przez kolejne dni, choć odwiedzałem je regularnie, byłem jedynie widzem. Pierwszy raz w życiu z kompletną obojętnością, a nawet z pewną ulgą, obserwowałem ich wspólne, wyuzdane harce. Zemsta Zośki była kompletna, słodka i obezwładniająca. Nie miała sobie równych.
 

Siedziałem w głębokim, skórzanym fotelu, odsuniętym w najdalszy kąt sypialni. Moje ciało, wciąż ciężkie od zmęczenia po poprzedniej nocy, odmawiało posłuszeństwa, ale oczy nie potrafiły oderwać się od spektaklu, który rozgrywał się na ogromnym, zasłanym satyną łożu. Zośka i Aśka nie zwracały na mnie najmniejszej uwagi. Byłem jedynie elementem wystroju, niemym świadkiem ich triumfu i własnej kapitulacji. To była scena, o której marzy wielu mężczyzn, ale w tym momencie, pozbawiony sił i możliwości ruchu, czułem na skórze dreszcz fascynacji zmieszany z dziwną, niemal mistyczną pokorą.
Zośka, ze swoim szelmowskim uśmiechem, wyciągnęła spod łóżka czarną, aksamitną walizeczkę. Otworzyła ją z namaszczeniem, jakby ukrywała tam najcenniejsze relikwie. Światło nocnej lampki odbiło się od lśniącego silikonu, chłodu metalu i gładkich powierzchni urządzeń, które miały tej nocy zastąpić moją obecność.
Aśka leżała na plecach, jej ciało drżało w oczekiwaniu. Zośka zaczęła powoli, niemal rytualnie. Najpierw w jej dłoni pojawił się niewielki, srebrzysty wibrator, który cicho mruczał, wypełniając pokój jednostajnym dźwiękiem, przypominającym brzęczenie uwięzionego owada. Zośka przesuwała nim po skórze Aśki, ledwo dotykając powierzchni, budując napięcie, które niemal można było poczuć w powietrzu. Aśka wyginała się w łuk, jej oddech stał się urywany, a dłonie kurczowo zacisnęły się na prześcieradle. Widziałem, jak każda pora jej ciała reaguje na ten mechaniczny, bezlitosny rytm.
Potem tempo wzrosło. Zośka sięgnęła po coś poważniejszego. Z wprawą, która świadczyła o tym, że nie robi tego pierwszy raz, zamocowała skórzaną uprząż. Strapon był imponujący – ciemny, anatomiczny, obiecujący doznania, których ja, w moim obecnym stanie, nie byłem w stanie dostarczyć. Widok dwóch kobiet, z których jedna przybierała dominującą rolę, był hipnotyzujący. Zośka, z gracją drapieżnika, zaczęła dyktować warunki. Jej ruchy były celowe, mocne i precyzyjne. Aśka przyjmowała każdy z nich z głośnym westchnieniem, które w ciszy nocy brzmiało jak modlitwa.

 
Z mojej perspektywy, z oddali, wyglądało to jak taniec cieni. Ich ciała splatały się w konfiguracjach, które wydawały się niemożliwe. Wykorzystywały każdą zabawkę z walizeczki – od jedwabnych sznurów, którymi Zośka na chwilę unieruchomiła nadgarstki przyjaciółki, po chłodne, szklane kulki, które znikały w cieple ciał, by za chwilę powrócić w blasku lamp. Każdy przedmiot miał swoją rolę, każda wibracja była częścią większej kompozycji.
Najbardziej uderzająca była jednak ich wzajemna czułość, przeplatana bezwzględnym pożądaniem. Zośka potrafiła w jednej chwili być brutalnie dominująca, by za moment z miłością gładzić Aśkę po włosach i szptać jej do ucha słowa, których nie mogłem dosłyszeć, a które wywoływały u dziewczyny salwy dreszczy. Używały wibratorów o różnych kształtach, sterując nimi za pomocą aplikacji w telefonie, co nadawało całości nowoczesnego, niemal futurystycznego sznytu. Technologia i biologia zlały się w jedno, tworząc mechanizm czystej rozkoszy.
Patrzyłem, jak Zośka sięga po podwójne urządzenie, pozwalające obu kobietom odczuwać to samo w tym samym czasie. Ich rytm stał się idealnie zsynchronizowany. Ich głosy, początkowo stłumione, teraz wypełniały sypialnię chaotyczną symfonią zachwytu. Byłem świadkiem intymności tak absolutnej, że czułem się jak intruz w świątyni. Moja własna męskość, tak pewna siebie jeszcze poprzedniego dnia, teraz wydawała się jedynie skromnym dodatkiem do tego, co potrafiły stworzyć między sobą dwie kobiety wyposażone w fantazję i odpowiednie narzędzia.
Gdy zbliżały się do finału, pokój wydawał się wibrować razem z nimi. Ostatnie minuty były pokazem czystej, nieskrępowanej pasji. Używały wszystkiego naraz – dotyku, szeptu, mechanicznego wsparcia i wzajemnego zapatrzenia. Kiedy w końcu opadły na poduszki, splecione w uścisku, w sypialni zapadła cisza tak głęboka, że słyszałem bicie własnego serca.
Zośka uniosła głowę i spojrzała w moją stronę. Jej oczy błyszczały triumfem. Nie musiała nic mówić. Wiedziała, że ten widok będzie mnie prześladował dłużej niż jakikolwiek fizyczny ból czy zmęczenie. To była jej najsłodsza zemsta – pokazać mi, że świat zmysłów jest nieskończenie szerszy, niż mi się wydawało, i że tej nocy byłem mu zupełnie niepotrzebny.
Leżałem w fotelu, czując, jak pierwsze światło świtu wpełza do pokoju. One zasnęły niemal natychmiast, otoczone swoimi zabawkami, które teraz, porzucone na satynie, wyglądały niewinnie. Zrozumiałem, że od teraz nic już nie będzie takie samo. Stałem się obserwatorem życia, które do tej pory uważałem za swoją wyłączną domenę.





 








































Komentarze