Urok czarownicy z numeru szesnascie

 Urok czarownicy z numeru szesnaście


Zapukałem z pewnym wahaniem, poprawiając bukiet i starając się uspokoić oddech. Zamiast Anity, w progu pojawiła się jednak niska, siwowłosa starsza pani, na oko grubo po sześćdziesiątce, ubrana w domowy fartuch.
– Dobry wieczór – wykrztusiłem, niemal dygając z zaskoczenia. Kwiaty w mojej dłoni nagle wydały mi się śmieszne i nie na miejscu. – Czy zastałem Anitę?
– Bardzo mi przykro, ale wnuczka wyjechała dziś rano – odpowiedziała kobieta, a w jej głosie pobrzmiewał autentyczny żal.
– Jak to? Na długo? – dopytywałem, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg. – Przecież... dopiero co rozmawialiśmy.
– Przyjechała tylko na wakacje, żeby zająć się mieszkaniem i kotem, bo ja byłam w sanatorium. Nie mówiła panu, że na stałe mieszka w Anglii?

 
Pokiwałem przecząco głową, czując w ustach gorycz. Starsza pani zmrużyła oczy i zmierzyła mnie wzrokiem pełnym wrogiej nieufności. Milczenie przeciągało się, stając się nie do zniesienia.
– Jestem sąsiadem – wyjaśniłem w końcu drewnianym głosem. – Przyjaźniliśmy się.
– Aha – mruknęła bez przekonania, po czym dodała z dziwnym błyskiem w oku: – Przyjedzie pewnie dopiero na święta, z całą rodziną.
– Rodziną? – powtórzyłem bezmyślnie.
– Tak. Z mężem i córeczką. To bardzo porządny człowiek, ten jej mąż. Inżynier.
Jej spojrzenie nagle stwardniało. Coś zaczęła podejrzewać – może mój wyraz twarzy zdradził zbyt wiele, a może zapach jej wnuczki wciąż jeszcze unosił się na moim dresie. Cofnęła się o krok, zapraszając mnie gestem, który nie był gościnny, lecz władczy.
– Niech pan wejdzie – syknęła. – Musimy porozmawiać o tej waszej „przyjaźni”.
Znalazłem się w pułapce. Kobieta zamknęła drzwi na klucz i usiadła przy kuchennym stole, żądając, bym opowiedział jej o każdym szczególe mojego spotkania z Anitą. Każde pchnięcie, każdy szept, każdy spazm – chciała wiedzieć wszystko, delektując się moją kompromitacją. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest zwykła ciekawość. To był precyzyjny szantaż. Starsza pani, ze spokojem godnym profesjonalnego gracza, dała mi do zrozumienia, że od tego, jak bardzo ją „zadowolę” szczerością mojej relacji, zależy mój los. Albo oceni, czy byłem wystarczająco dobrym kochankiem, by „wybaczyć” mi ten incydent, albo zadzwoni do Londynu i opowie o wszystkim mężowi Anity. Stałem tam, ściskając więdnące kwiaty, świadomy, że właśnie stałem się pionkiem w grze, której zasad kompletnie nie rozumiałem.
Uległem. Nie miałem wyjścia, a jej wzrok, choć należał do staruszki, miał w sobie tę samą przeszywającą siłę, co oczy Anity. Usiadłem na brzeżku twardego krzesła, a ona nalała mi herbaty, jakbyśmy przygotowywali się do miłej gawędy o pogodzie.
– Mów – ponagliła, opierając brodę na splecionych dłoniach. – Chcę wiedzieć, jak to się stało. Czy była tak niecierpliwa jak zwykle? Czy ty, młody człowieku, stanąłeś na wysokości zadania?
Zacząłem mówić. Najpierw cicho, z trudem dobierając słowa, by nie brzmiały zbyt wulgarnie, ale ona szybko mnie skarciła. Chciała konkretów. Opisywałem więc chłód marmurowej skóry Anity w progu łazienki, zapach jaśminu i kadzidła, który odebrał mi zmysły, i ten pierwszy, drapieżny pocałunek. Starsza pani słuchała w absolutnym skupieniu, przymykając powieki, jakby układała sobie te obrazy w głowie.
Kiedy doszedłem do momentu na korytarzu, do rytmicznych pchnięć o ścianę i jej krótkich krzyków rozkoszy, poczułem, jak pot spływa mi po karku. Opowiadałem o tym, jak sprężyste były jej mięśnie i jak głęboko czułem jej wnętrze. Moja rozmówczyni uśmiechnęła się wtedy dziwnie – nie było w tym uśmiechu potępienia, raczej jakaś mroczna satysfakcja.
– Dobrze – szepnęła, gdy skończyłem, a w kuchni zapadła ciężka cisza. – Widzę, że Anita nie traci czasu. Jesteś lepszy od inżyniera, on jest... nudny.

 
Odstawiła filiżankę i wstała. Podeszła do szafki, wyjęła z niej małą, czarną wizytówkę i położyła ją przede mną.
– Nie powiem mężowi. Pod jednym warunkiem.
Zamarłem, czekając na wyrok, przekonany, że to dopiero początek moich kłopotów z tą niezwykłą rodziną.
Staruszka pochyliła się nad stołem, a jej twarz, przecięta siecią zmarszczek, znalazła się zaledwie kilka centymetrów od mojej. W jej oczach nie było już wrogiej nieufności – teraz płonęła w nich czysta, wyrachowana ciekawość.
– Mój warunek jest prosty, Maćku – szepnęła, a jej głos stał się dziwnie aksamitny. – Anita wróci tu na święta, tak jak mówiłam. Ale do tego czasu ty będziesz przychodził tutaj, do mnie. Raz w tygodniu.
Poczułem, jak zimny dreszcz przebiega mi po kręgosłupie. Przez myśl przemknęły mi najgorsze scenariusze, ale staruszka tylko lekko machnęła ręką, jakby odganiała natrętna muchę.
– Nie bój się, nie chcę twojego ciała. Chcę twoich słów. Masz dar opowiadania, który rzadko spotyka się u młodych mężczyzn. Będziesz mi opisywał każdą chwilę z moją wnuczką, raz po raz, ze wszystkimi szczegółami, o które zapomnę zapytać dzisiaj. Muszę wiedzieć, jak żyje, jak czuje... jak smakuje jej wolność. Tutaj, w tym bloku, czas płynie potwornie wolno, a ja karmię się takimi historiami. One są dla mnie jak tlen.
Zamurowało mnie. Stałem się narratorem jej prywatnego, perwersyjnego teatru pamięci.
– A jeśli odmówię? – wykrztusiłem, choć znałem odpowiedź.
– Wtedy inżynier w Londynie otrzyma bardzo szczegółowy list. Z twoim nazwiskiem, numerem mieszkania i opisem tej zniewagi, której dopuściłeś się na klatce schodowej. Wybór należy do ciebie: albo zostaniesz moim gościem i powiernikiem, albo zniszczę życie tej „czarownicy”, którą tak bardzo pragniesz znów zobaczyć.
Podniosłem czarną wizytówkę. Nie było na niej nazwiska, tylko wytłoczony złoty symbol klucza i odręcznie dopisana godzina: „Czwartek, 19:00”. Spojrzałem na starszą panią – siedziała wyprostowana, dumna, niemal tak samo posągowa jak jej wnuczka kilka dni wcześniej. Zrozumiałem wtedy, że urok, o którym myślałem, nie był metaforą. To była rodzinna cecha.
Przyszedłem. Punktualnie o dziewiętnastej stałem pod szesnastką, czując się jak skazaniec i kochanek w jednym. Starsza pani czekała już z przygotowanym dzbankiem aromatycznej herbaty i talerzykiem kruchych ciastek, ale atmosfera w salonie była daleka od sielanki.
– Usiądź, Maćku – wskazała na ten sam głęboki fotel, w którym prawdopodobnie sypiał kocur. – Dzisiaj nie chcę tylko faktów. Chcę, żebyś opisał mi jej emocje. Kiedy trzymałeś ją za ramiona, czułeś jej lęk czy triumf?

 
Zacząłem mówić, a każde słowo wydawało mi się zdradą. Opisywałem dreszcz, który przebiegł po skórze Anity, gdy moje dłonie zacisnęły się na jej biodrach. Mówiłem o tym, jak jej oddech stawał się ciężki i świszczący, jakby walczyła o każdą sekundę tej zakazanej bliskości. Babka słuchała z zamkniętymi oczami, lekko kołysząc się w przód i w tył. Wyglądała, jakby wpadała w trans, karmiąc się moimi wspomnieniami jak wampir energetyczny.
Nagle przerwała mi gwałtownym ruchem ręki.
– Wystarczy na dziś – ucięła, otwierając oczy, które teraz wydawały się nienaturalnie jasne. – Jesteś pojętnym uczniem. Ale musisz wiedzieć jedno: Anita nie wyjechała do Anglii dlatego, że kocha męża. Wyjechała, bo bała się tego, co we mnie zobaczyła. Tego samego, co ty teraz zaczynasz dostrzegać.
Wstała i podeszła do starego kredensu. Wyjęła z niego małe, czarno-białe zdjęcie i rzuciła je na stół. Przedstawiało młodą kobietę identyczną jak Anita, stojącą przed tym samym blokiem, ale ubraną w modę z lat sześćdziesiątych.
– To ja – szepnęła. – A teraz powiedz mi, czy wierzysz w dziedziczenie pragnień?
Wyszedłem stamtąd kompletnie rozbity. Czułem, że ta gra ma drugie dno, a ja zostałem wciągnięty w coś znacznie mroczniejszego niż zwykły romans czy sąsiedzki szantaż.
W kolejny czwartek nogi miałem jak z ołowiu. Każdy stopień schodów wydawał się barierą nie do przebycia, a jednak jakaś niewidzialna siła – mieszanka strachu, fascynacji i perwersyjnego obowiązku – pchała mnie pod numer szesnaście. Gdy drzwi się otworzyły, zapach jaśminu i kadzidła był tak intensywny, że zakręciło mi się w głowie. To był ten sam zapach, który czułem od Anity, ale tutaj, w zamkniętym mieszkaniu, wydawał się cięższy, niemal duszący.
Starsza pani nie siedziała tym razem przy stole. Czekała w salonie, w którym światło było przyciemnione, a jedyne źródło blasku stanowiły dogasające świece. Nie miała na sobie fartucha. Ubrana była w czarną, jedwabną halkę, która w półmroku maskowała wiek jej skóry, nadając sylwetce ten sam posągowy kształt, który tak mnie zachwycił u jej wnuczki.
– Dzisiaj nie chcę słuchać o Anicie – powiedziała niskim, niemal drapieżnym głosem, od którego ciarki przeszły mi po plecach. – Słowa przestały mi wystarczać, Maćku. Pamięć jest jak stara fotografia, z czasem blaknie. Potrzebuję czegoś prawdziwego.
Zamarłem w progu. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe. Patrzyłem na jej twarz – sieć zmarszczek w blasku świec przypominała mapę nieznanego, groźnego terytorium. To była babka kobiety, którą kochałem, a jednocześnie istota, która trzymała moje życie w garści. Szantaż wisiał w powietrzu, gęsty i namacalny jak dym.
– Podejdź bliżej – rozkazała. – Udowodnij mi, że te wszystkie opowieści nie były tylko wytworem twojej wybujałej wyobraźni. Udowodnij, że naprawdę potrafisz dać kobiecie to, czego pragnie.

 
To było surrealistyczne. Wiedziałem, że to, co ma się wydarzyć, przekracza wszelkie granice moralności i logiki. To nic, że była starszą kobietą. To nic, że na samą myśl o dotknięciu jej pomarszczonej skóry czułem wewnętrzny opór. Mechanizm szantażu był bezlitosny: albo ona, albo zniszczone życie Anity i mój całkowity upadek. Ale pod tym wszystkim tliło się coś jeszcze – mroczna ciekawość. Skoro Anita była „czarownicą”, to kim była ta, która ją stworzyła?
Podszedłem. Jej dłonie, choć suche i kościste, miały w sobie niezwykłą siłę. Kiedy dotknęła mojego policzka, poczułem to samo mrowienie, ten sam „urok”, który rzuciła na mnie jej wnuczka. To było dziedziczne. Ta sama aura władzy i pożądania, która nie pytała o zgodę.
– Miejmy to za sobą – szepnęła, powtarzając dokładnie te same słowa, którymi przywitała mnie Anita w łazience.
Wtedy zrozumiałem, że jestem w pułapce czasu i genów. Musiałem ją zadowolić. Nie tylko tak jak Anitę – musiałem być lepszy, bardziej oddany, bardziej zatracony w tym akcie. Moje dłonie, początkowo drżące i niepewne, zaczęły błądzić po jej ciele. Ku mojemu przerażeniu, moje ciało zaczęło reagować. To nie był odruch estetyczny, to była czysta, biologiczna reakcja na energię, którą ta kobieta wokół siebie roztaczała.
Gdy opadliśmy na szeroką, staroświecką kanapę, czas przestał istnieć. Uprawiałem seks z kobietą, która mogłaby być moją babcią, a jednak w tej ciemności, w tym zapachu kadzidła, czułem pod palcami tę samą pasję i to samo nienasycenie, które gnało Anitę. Każdy mój ruch był monitorowany przez jej roziskrzone oczy. Chciała wszystkiego – każdego dotyku, każdego szeptu, każdej kropli potu.
Byłem w tym dobry, bo strach potęguje zmysły. Moja technika stała się precyzyjna, niemal desperacka. Penetrowałem jej ciało, czując, jak jej oddech staje się ciężki, a dłonie wbijają się w moje plecy z siłą, której nie podejrzewałbym u osoby w tym wieku. Nie było w tym miłości, nie było nawet sympatii. Był to czysty handel wymienny: moja młodość i sprawność za jej milczenie.
Kiedy w końcu oboje znieruchomieliśmy w ekstatycznym wycieńczeniu, poczułem nagłą, lodowatą pustkę. Kobieta odsunęła się ode mnie z triumfalnym uśmiechem.
– Widzisz, Maćku? – szepnęła, poprawiając halkę. – Inżynier nigdy by tego nie zrozumiał. On widzi tylko powierzchnię. Ja widzę to, co jest pod spodem. Jesteś teraz częścią tej rodziny, czy tego chcesz, czy nie.
Ubrałem się w milczeniu. Moje ruchy były mechaniczne. Czułem się zbrukany, a jednocześnie dziwnie potężny. Wyszedłem z mieszkania numer szesnaście bez słowa pożegnania. Kiedy stanąłem na korytarzu, nocne powietrze wydało mi się nienaturalnie zimne. Spojrzałem na swoje dłonie – te same, które jeszcze chwilę temu pieściły starą skórę w poszukiwaniu ratunku dla Anity.
Wiedziałem, że to nie koniec. Że czwartki staną się moją nową religią, moim prywatnym piekłem, w którym będę musiał służyć przeszłości, by mieć jakąkolwiek nadzieję na przyszłość. Najgorsze było jednak pytanie, które zaczęło kiełkować w mojej głowie: czy Anita wiedziała? Czy jej wyjazd był ucieczką przed babką, czy może... częścią planu, by mnie tu zatrzymać?

 
Wróciłem do swojego mieszkania, otworzyłem wino, które kupiłem dla wnuczki, i piłem je prosto z butelki, patrząc w okno. Kocur na dole, pod latarnią, znów siedział nieruchomo, wpatrując się w moje okno swoimi miedzianymi ślepiami.
 Następnego dnia rano, gdy schodziłem po schodach z głową ciężką od niewyspania i nadmiaru wina, moja dłoń odruchowo powędrowała do skrzynki na listy. W środku, wśród ulotek z supermarketów, leżała jedna, biała koperta. Nie było na niej znaczka ani adresu, tylko moje imię wypisane drobnym, pochyłym pismem, które już raz widziałem na wizytówce.
Rozdarłem ją drżącymi palcami jeszcze w bramie. W środku znajdowało się zdjęcie – tym razem kolorowe i bardzo świeże. Przedstawiało Anitę siedzącą w luksusowym salonie, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni. Patrzyła prosto w obiektyw, ale jej oczy nie były radosne. Były puste, niemal martwe. Na odwrocie widniał krótki dopisek:
„Dziękuję, że o nią dbasz. Teraz rozumiem, dlaczego babcia tak bardzo cię polubiła. Nie przestawaj. Od tego zależy, czy kiedykolwiek pozwolą mi wrócić”.
Zimny pot wystąpił mi na czoło. Słowo „pozwolą” uderzyło we mnie jak taran. To nie był zwykły wyjazd do męża. To był rodzaj wygnania lub wymiany, której zasad wciąż nie pojmowałem. Anita nie była ofiarą męża-inżyniera, ale zakładniczką własnej babki, a ja właśnie stałem się jej jedynym łącznikiem z domem i, być może, jedyną kartą przetargową.
Nagle poczułem na sobie czyjś wzrok. Podniosłem głowę i spojrzałem w stronę okna na pierwszym piętrze. W mieszkaniu numer szesnaście firanka lekko drgnęła, a w wąskiej szczelinie dostrzegłem siwą głowę staruszki. Nie uśmiechała się. Po prostu patrzyła, jak czytam wyrok, który sam na siebie podpisałem poprzedniej nocy.
Wiedziałem już, że kolejny czwartek nie będzie ostatnim. Stałem się częścią mrocznego rytuału, w którym seks był tylko walutą, a prawdziwą ceną była wolność dziewczyny o zapachu jaśminu.
Nastał czwartek, niewidzialne przeznaczenie pchało mnie ku wtajemniczeniu.

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Babcia oplotła ramionami moją szyję, przyciągając mnie do siebie z siłą, której bym się po niej nie spodziewał. Poczułem jej usta – najpierw na brodzie, potem na wargach. Nasze języki splątały się w namiętnym, drapieżnym pocałunku, który smakował pożądaniem i niecierpliwością i hipnozą.
Działałem jak zahipnotyzowany.Wiedziałem  ze już że muszę powtórzyć chwile z Anita. Jakaś tajemna siła kazała mi zdejmować z niej ubranie, zacząłem od bluzki, podnosząc do góry i zdejmując, kolejne były spodnie dresowe, dalej jej biustonosza i majtki. Az została całkiem naga

Jej dłonie nie próżnowały. Jedna z nich, pewnym ruchem, wsunęła się za gumkę moich dresowych spodni. Palce odnalazły twardniejącego penisa i zaczęły go pieścić z taką czułością i znawstwem, że zakręciło mi się w głowie. Odpowiedziałem na ten atak z taką samą pasją. Moje usta odnalazły jej piersi – były duże , niemal zwisające, ale ich twarde sutki smakowały wybornie pod moim językiem. 
Dalej wszystko trwało , podobnie  jak Anitą, ale na koniec nastąpiła zmiana. Teraz kazała mi się położyć na plecach, a sama okrakiem mnie dosiadła. Moja męskość była niesłychanie sztywna, sam się dziwiłem temu. Widocznie rzuciła urok również  na niego. Zaczęła mnie rytmicznie ujeżdżać niczym jakiś jeździec z Apokalipsy. Nad wyraz sprawnie podnosiła się i opadała swobodnie. Role się odwróciły, to ona sama pompowała energie seksualną , niczym życiową, kosmiczną w siebie.

 
Wszystko wokół przestało istnieć – liczył się tylko ten rytm, wilgotny dźwięk naszych ciał uderzających o siebie i jej gorący oddech na mojej szyi. Czułem, jak napięcie w dole mojego brzucha przeobraża się w palącą falę, której nie dało się już zatrzymać. Anita również była blisko; jej oddech stał się rwany, krótki, a palce wbijały się w moje ramiona, zostawiając na skórze białe ślady. Czułem na podbrzuszu każdy najmniejszy ruch jej rozpalonego ciała – dotyk rozwartych warg sromowych i wszechobecną wilgoć, która zdawała się smarować każdy mój ruch.
W pewnym momencie jej ciało zesztywniało, a oczy rozszerzyły się, gdy przeszył ją dreszcz pierwszej fali orgazmu. Zacisnęła nogi wokół moich bioder, przyciągając mnie tak blisko, jakby chciała wchłonąć mnie w całości. Ten skurcz był iskrą, która podpaliła i mnie.

 
To zbliżenie było inne niż wszystkie – mroczne, gęste od niewypowiedzianych tajemnic i przesiąknięte dziwną, niemal nadludzką energią. Choć ciało kobiety nosiło ślady czasu, jej siła witalna wydawała się nieskończona, jakby karmiła się moją młodością, zamieniając ją w czystą, ekstatyczną moc. Kiedy w końcu opadliśmy na podłogę, otoczeni zapachem jaśminu i potu, czułem się kompletnie opróżniony – nie tylko z nasienia, ale z samej esencji bycia sobą.
Babcia leżała nieruchomo, a jej klatka piersiowa unosiła się w miarowym, spokojnym rytmie. Jej oczy, choć wciąż ciemne, straciły ten drapieżny blask, zastąpiony przez coś na kształt melancholii. Pogłaskała mnie po policzku dłonią, która teraz wydawała się lodowata.
– Jesteś darem, Maćku – szepnęła, a jej głos nie był już rozkazujący. – Anita miała rację, wybierając ciebie. Masz w sobie światło, którego my... my już dawno nie widziałyśmy.
Wstała z niezwykłą gracją, jakby akt miłosny odjął jej trzydzieści lat. Nie wstydziła się swojej nagości; poruszała się po przedpokoju z godnością królowej. Podeszła do lustra i przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie, poprawiając siwe włosy. Kocur, który przez cały ten czas tkwił nieruchomo na kanapie, zeskoczył na podłogę i zaczął ocierać się o jej nogi, mrucząc tak głośno, że wibracje czuć było w całym pomieszczeniu.
– Ubierz się – rzuciła przez ramię. – Na dzisiaj wystarczy. Ale pamiętaj o naszym pakcie. Każdy czwartek to cegiełka do wolności Anity. Jeśli zawiedziesz... ona nigdy nie opuści tego luksusowego więzienia, które widziałeś na zdjęciu.
Kiedy wychodziłem, nogi mi drżały. Na korytarzu panowała głucha cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara u jakiegoś innego sąsiada. Spojrzałem na swoje odbicie w szybie na klatce schodowej. Wyglądałem jak cień samego siebie – blady, z podkrążonymi oczami, ale w moich źrenicach tliło się coś nowego. Coś, co zaszczepiła we mnie ta kobieta.
Wróciłem do siebie i rzuciłem się na łóżko w ubraniu. Przez okno wpadało zimne światło księżyca. Nagle mój telefon wibrował na szafce nocnej. To była wiadomość z nieznanego, zagranicznego numeru. Tylko jedno zdanie:
„Nie daj jej zabrać wszystkiego. Zostaw trochę siebie dla mnie”.
Zrozumiałem, że jestem środkiem pola bitwy między dwiema kobietami z tego samego rodu, a stawką nie jest tylko seks, lecz moja dusza.
 













 



































Komentarze