Odkrycie w bibliotece
Dawno temu niejaki Kolumb wybrał się i odkrył Amerykę. Dzisiaj wybieramy się tam hen daleko, do pewnej biblioteki.
To
był początek znajomości z Katarzyną, typową, choć nieco "wybiórczą"
emigrantką z Idaho, którą poznałem na trudnych zajęciach z socjologii.
Nasza znajomość zacieśniła się, gdy jako najbardziej sumienni studenci
zaczęliśmy razem uczyć się w bibliotece, dzieląc się opowieściami z jej
konserwatywnego wychowania. Pewnego wieczoru, gdy byłem lekko
podchmielony, nasza rozmowa zeszła na intymne tematy, prowadząc do
zabawnej wymiany zdań o mormońskim podejściu do seksu i osobistych
doświadczeniach. Ostatecznie, luźna atmosfera nauki w bibliotece
przerodziła się w coś, co mogło być początkiem głębszej, osobistej
relacji między nami.
Wszystko
zaczęło się od socjologii, choć równie dobrze mogło zacząć się od Light
Coke i zbyt mocnej opalenizny. Katarzyna była ucieleśnieniem stereotypu
emigrantki z Idaho – „kraju mormonów”, jak go nazywaliśmy. Miała długie
blond włosy, które zawsze układały się w idealne, luźne fale, i
niebieskie oczy, w których czaił się śmiech: jednocześnie hałaśliwy i
dziwnie powściągliwy. Była słodka jak brzoskwinia, ale pod tą fasadą
kryło się coś, co trudno było uchwycić na pierwszy rzut oka.
Poznaliśmy
się na ostatnim roku studiów. Zapisałem się na te zajęcia tylko
dlatego, że pasowały mi do grafiku. Myślałem, że to będzie „spacer po
parku”, ale socjologia okazała się drogą przez mękę. Katarz yna, o rok
młodsza i o niebo bardziej zaangażowana, stała się moją kotwicą w grupie
studyjnej. Spotykaliśmy się w bibliotecznym pokoju numer 402, otoczeni
zapachem starego papieru i kurzu. Z czasem inni członkowie grupy
wykruszyli się, przygnieceni ciężarem innych egzaminów. Zostaliśmy tylko
my.
Lubiłem
jej słuchać. Opowiadała o dorastaniu w Idaho z taką naturalnością,
jakby życie w cieniu surowych zasad religijnych było czymś tak
zwyczajnym jak mycie zębów. Nie było w tym romansu – przynajmniej
początkowo. Była po prostu fajną dziewczyną, z którą dobrze się milczało
nad książkami.
Wszystko
zmieniło się pewnego wtorku podczas sesji. Biblioteka była wtedy
otwarta całą dobę. Przyszedłem lekko podchmielony – uznając, że odrobina
alkoholu pomoże mi przebrnąć przez nudne teksty o strukturach
społecznych. Katarzyna siedziała już przy stole, trzeźwa jak wdowa po
amiszach, ubrana w beżowy sweter i dresy. Wyglądała na zmęczoną, ale
wciąż pełną życia.
– Tylko my? – zapytałem, rzucając torbę na krzesło.
– Mhm – mruknęła, obgryzając końcówkę długopisu BIC. – Inni odpuścili.
– Mhm – mruknęła, obgryzając końcówkę długopisu BIC. – Inni odpuścili.
Uczyliśmy
się przez dwie godziny, aż litery zaczęły tańczyć mi przed oczami.
Wypaliliśmy się. Rozmowa, napędzana moim lekkim rauszem i późną porą,
zboczyła na niebezpieczne tory.
– Kasia, jak to jest u was z seksem przedmałżeńskim? – wypaliłem bez namysłu.
Spojrzała na mnie, ani trochę niezmieszana.
– Och, jestem dziewicą. Oszczędzam to do ślubu. Standard – odpowiedziała z rozbrajającą szczerością.
– A co z... no wiesz, masturbacją? – Gdybym był trzeźwy, pewnie ugryzłbym się w język.
Spojrzała na mnie, ani trochę niezmieszana.
– Och, jestem dziewicą. Oszczędzam to do ślubu. Standard – odpowiedziała z rozbrajającą szczerością.
– A co z... no wiesz, masturbacją? – Gdybym był trzeźwy, pewnie ugryzłbym się w język.
Katarzyna drgnęła. Lekki rumieniec wykwitł na jej policzkach, a ona sama wyprostowała się gwałtownie, poprawiając dresy.
– No cóż... technicznie rzecz biorąc, nie powinno się tego robić. Ale niektóre społeczności są bardziej pobłażliwe niż inne.
– A twoja? Była liberalna? – drążyłem, stukając ołówkiem o brodę.
Zaśmiała się krótko.
– Ha, zdecydowanie nie.
– Czekaj – pochyliłem się w jej stronę, czując, jak bariera między nami pęka. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że nigdy tego nie robiłaś?
– No cóż... technicznie rzecz biorąc, nie powinno się tego robić. Ale niektóre społeczności są bardziej pobłażliwe niż inne.
– A twoja? Była liberalna? – drążyłem, stukając ołówkiem o brodę.
Zaśmiała się krótko.
– Ha, zdecydowanie nie.
– Czekaj – pochyliłem się w jej stronę, czując, jak bariera między nami pęka. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że nigdy tego nie robiłaś?
Znowu ten chichot.
– Nie powiedziałam tego! – zawołała, zasłaniając usta dłonią.
– Aha! Czyli uwielbiasz to robić. Ciekawe...
– O mój Boże, przestań! Tego też nie powiedziałam!
– Nie powiedziałam tego! – zawołała, zasłaniając usta dłonią.
– Aha! Czyli uwielbiasz to robić. Ciekawe...
– O mój Boże, przestań! Tego też nie powiedziałam!
Patrzyłem
na nią, czując, że ta rozmowa zmienia dynamikę między nami na zawsze.
Pod warstwą „grzecznej dziewczyny z Idaho” pulsowało coś autentycznego,
ludzkiego i – co tu dużo mówić – intrygującego. Biblioteka była cicha,
ale między nami huczało od niewypowiedzianych pytań.
– Nie wiem – mruknąłem z uśmiechem. – Brzmiało to tak, jakbyś właśnie to przyznała.
Katarzyna
odłożyła długopis i po raz pierwszy tej nocy spojrzała mi prosto w
oczy, nie odwracając wzroku. W tym momencie socjologia przestała mnie
obchodzić całkowicie.
Atmosfera
w dusznej piwnicy biblioteki zgęstniała do granic możliwości. Zapach
starych książek wymieszał się z piżmowym aromatem pożądania i lekką nutą
alkoholu, który wciąż krążył w moich żyłach, odbierając resztki
hamulców. Katarzyna nie była już tą wycofaną dziewczyną z Idaho, którą
znałem z wykładów. Jej oddech stał się urywany, a ciało, oparte o moje
ramię, drżało przy każdym ruchu moich palców.
– Janek… – wyszeptała w moją szyję, a jej gorący oddech wywołał u mnie dreszcz. – Ktoś może wejść.
–
Nikt tu nie zagląda o tej porze – mruknąłem, nie przestając jej
pieścić. – Jesteśmy sami między regałami pełnymi martwych socjologów.
Tylko my i twoja mała, biała kokardka.
Moje
dwa palce poruszały się w niej rytmicznie, badając każdy centymetr jej
ciasnego, wilgotnego wnętrza. Czułem, jak jej biodra instynktownie
unoszą się, szukając mocniejszego docisku. Jej dłoń, która wcześniej
spoczywała pod stołem, teraz kurczowo zacisnęła się na moim udzie, tuż
obok twardniejącego napięcia w moich spodniach.
– Powiedz mi – szepnąłem jej do ucha, drażniąc płatek jej ucha zębami – czy to jest lepsze niż poduszka?
Wydała z siebie krótki, stłumiony jęk, który stłumiła w zagłębieniu mojego ramienia.
– Przestań pytać… po prostu nie przestawaj tego robić.
– Przestań pytać… po prostu nie przestawaj tego robić.
Zmieniłem
tempo. Moje kciuk odnalazł jej łechtaczkę, ukrytą pod mokrą koronką
fioletowych majtek, i zaczął zataczać na niej powolne, bezlitosne kółka.
Katarzyna wygięła się w łuk, a jej paznokcie wbiły się w moje dżinsy.
Była tak blisko, czułem to w sposobie, w jaki jej mięśnie zaciskały się
wokół moich palców, jakby chciały mnie uwięzić w środku na zawsze.
W
pewnym momencie jej opór całkowicie pękł. Przestała dbać o to, czy ktoś
nas usłyszy. Jej oddech przeszedł w ciche skomlenie, a potem w serię
głębokich, gardłowych westchnień. Przyspieszyłem, naciskając mocniej,
czując, jak fala gorąca przelewa się przez jej ciało. Skuliła się na
moim ramieniu, drżąc w finale, który zdawał się trwać wieczność.
Kiedy
w końcu jej oddech się uspokoił, a ciało wiotczejąco oparło się o
krzesło, w pomieszczeniu zapadła ogłuszająca cisza. Wyjąłem dłoń, czując
na skórze jej śliski ślad, i spojrzałem na nią. Jej makijaż był lekko
rozmazany, a blond włosy w nieładzie, ale w jej niebieskich oczach nie
widziałem wstydu. Widziałem coś nowego – błysk czystej, nieposkromionej
satysfakcji.
– To był… czwarty raz – wychrypiała, uśmiechając się blado.
– Oficjalnie – odparłem, ocierając dłoń o chusteczkę i przyciągając ją do krótkiego, miękkiego pocałunku. – Ale noc jeszcze się nie skończyła, a my wciąż nie skończyliśmy powtórki do egzaminu.
– Oficjalnie – odparłem, ocierając dłoń o chusteczkę i przyciągając ją do krótkiego, miękkiego pocałunku. – Ale noc jeszcze się nie skończyła, a my wciąż nie skończyliśmy powtórki do egzaminu.
Katarzyna zaśmiała się tym swoim hałaśliwym, a zarazem powściągliwym śmiechem, poprawiając fioletową koronkę.
– Pieprzyć socjologię, Janek. Myślę, że właśnie zaliczyliśmy o wiele ciekawsze ćwiczenia praktyczne.
– Pieprzyć socjologię, Janek. Myślę, że właśnie zaliczyliśmy o wiele ciekawsze ćwiczenia praktyczne.
Katarzyna
przymknęła oczy, a jej oddech znów stał się rwany. Moje palce, wciąż
wilgotne od jej podniecenia, poruszały się z precyzją, której uczyłem
się na bieżąco z jej reakcji. Każde drżenie jej uda, każdy cichy pomruk
był dla mnie mapą.
–
Sprawiłeś, że przestałam myśleć o zasadach – szepnęła, a jej dłoń
zacisnęła się na moim przedramieniu. – A to w moim świecie jest niemal
grzechem.
– W takim razie biblioteka to idealne miejsce na spowiedź – odparłem, wsuwając drugi palec głębiej.
Była
niesamowicie ciasna, a jej ciało pulsowało wokół moich palców w rytm
przyspieszonego tętna. Czułem, jak narasta w niej kolejne napięcie,
znacznie szybciej niż poprzednio. Tym razem nie było już nieśmiałości.
Katarzyna sama zaczęła napierać biodrami na moją dłoń, prowokując mnie
do mocniejszych, pewniejszych ruchów.
–
Janek, ja... ja nie wiedziałam, że tak można – wykrztusiła, a jej głowa
opadła na oparcie krzesła. Jej niebieskie oczy, teraz ciemne i
rozszerzone, wpatrywały się w sufit piwnicy, jakby szukały tam
odpowiedzi na pytania, których dotąd bała się zadać.
Zmieniłem
kąt, hacząc palcami o jej punkt G, co wywołało u niej gwałtowny skurcz.
Jej nogi splotły się wokół mojej łydki, przyciągając mnie jeszcze
bliżej. Czułem, jak fioletowa koronka majtek wpija się w moją skórę,
mokra i gorąca. Moja klatka piersiowa falowała w tym samym rytmie co
jej, a erekcja, o którą kazała mi się "martwić później", pulsowała
boleśnie pod surowym denimem moich spodni.
– Chcesz, żebym przestał? – zapytałem prowokacyjnie, choć oboje znaliśmy odpowiedź.
– Nawet o tym nie myśl – warknęła z błyskiem w oku, który zupełnie nie pasował do dziewczyny z Idaho.
To
była nowa Katarzyna. Wybiórcza mormonka, która właśnie odkrywała, że
życie poza schematem ma smak znacznie lepszy niż Light Coke.
Przyspieszyłem tempo, używając kciuka, by jednocześnie drażnić jej
nabrzmiałą łechtaczkę. Dźwięk mlaskania i jej coraz głośniejsze jęki
wypełniły mały pokój do nauki, odbijając się od szklanych ścian. Przez
chwilę przemknęło mi przez myśl, że ktoś może nas usłyszeć, ale widok
jej zatraconej w rozkoszy twarzy sprawił, że przestało mnie to
obchodzić.
Nagle
Katarzyna zesztywniała. Jej palce wbiły się w moje ramię tak mocno, że
poczułem ból, ale nie przestałem. Kilka sekund później jej ciałem
wstrząsnęła seria dreszczy, znacznie silniejszych niż za pierwszym
razem. Jęknęła głośno, nie dbając już o dyskrecję, i osunęła się na
krzesło, ciężko dysząc.
Przez
chwilę siedzieliśmy w ciszy, przerywanej tylko szumem wentylacji.
Katarzyna powoli otworzyła oczy i spojrzała na swoje dłonie, potem na
mnie.
– Chyba właśnie oblałam egzamin z socjologii rodziny – zażartowała słabo, choć jej uśmiech był pełen satysfakcji.
– Albo właśnie napisałaś zupełnie nowy rozdział – odpowiedziałem, wycofując rękę i czule gładząc ją po policzku.
Poprawiła
ubranie z zaskakującą sprawnością, choć jej dłonie wciąż lekko drżały.
Spojrzała na zegarek – była prawie północ. Biblioteka powoli pustoszała,
a my wciąż siedzieliśmy w naszej szklanej klatce, odgrodzeni od świata
regałami książek.
– Janek? – odezwała się, gdy zbieraliśmy rzeczy.
– Tak?
– Następnym razem... to ja zajmę się tobą.
– Tak?
– Następnym razem... to ja zajmę się tobą.
Dwa
dni po wydarzeniach w bibliotece, światło dzienne wydawało się Janowi
niemal zbyt jaskrawe. Socjologia, która wcześniej była tylko nudnym
przedmiotem, stała się tłem dla obsesyjnych wspomnień.
Wieczorem,
tuż po powrocie z uczelni, Janek wszedł pod prysznic, próbując zmyć z
siebie napięcie dnia. Gdy gorąca woda uderzyła o jego ramiona, a
chłodniejsze powietrze łazienki stworzyło gęstą mgłę, jego myśli
natychmiast odpłynęły w stronę Katarzyny. Widział ją wyraźnie: jej
podciągnięte nogi na bibliotecznym krześle, zapach jej skóry i to, jak
jej usta rozchyliły się, gdy wsunął w nią palce. Czuł pod palcami ciepło
i wilgoć, słyszał jej urywany oddech. Wspomnienie niedzieli, kiedy to
jej dłoń z niespodziewaną pewnością pieściła jego penisa, sprawiło, że
teraz, pod strumieniem wody, jego ciało zareagowało natychmiastowo.
Zaczął się pieszczyć, odtwarzając w myślach każdy jej ruch, każdy dotyk,
aż w końcu, przywołując obraz jej orgazmu, sam osiągnął gwałtowny
finał, patrząc, jak dowód jego pożądania ginie w spienionej wodzie.
Wiedział jednak, że prysznic to za mało. Musieli się spotkać.
Okazja
nadarzyła się szybciej, niż przypuszczał. Katarzyna napisała krótko:
„Stary budynek administracji, sala 104. Klucz jest w drzwiach”.
To
miejsce było jeszcze bardziej odrealnione niż biblioteczna piwnica.
Sala 104 służyła jako prowizoryczny magazyn – nie było tu łóżka,
tapczanu, nawet porządnego biurka. Stało tu kilka twardych, drewnianych
krzeseł pod ścianą, zakurzony stół zasypany papierami i ciężka, dębowa
komoda, która pamiętała pewnie czasy przedwojenne.
Kiedy
Janek wszedł do środka, Katarzyna już tam była. Nie było czasu na
uprzejmości czy rozmowy o wykładach. Gdy tylko zamknął drzwi na klucz,
dopadli do siebie z furią, której żadne z nich nie potrafiło już
kontrolować.
– Czekałam na to od wtorku – wychrypiała mu do ucha, wbijając paznokcie w jego ramiona.
Przycisnął
ją do twardego kantu dębowej komody. Drewno zaskrzypiało pod ich
ciężarem, ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi. Janek uniósł jej
biodra, sadzając ją na blacie pośród starych segregatorów. Jej nogi
natychmiast oplotły go w pasie, przyciągając brutalnie blisko. Nie było
koronkowych majtek z kokardką – tym razem Katarzyna była przygotowana.
Pod spódnicą nie miała nic, co Janek przywitał niskim, gardłowym
mruknięciem aprobaty.
Ich
seks był prowizoryczny, surowy i desperacki. Nie było miękkiej
pościeli, tylko chłód starego drewna i twarde krawędzie mebli. Janek
wszedł w nią mocno, a ona odrzuciła głowę do tyłu, uderzając nią niemal o
ścianę. Każde pchnięcie sprawiało, że komoda przesuwała się o centymetr
po zakurzonej podłodze, wydając rytmiczne, ciężkie odgłosy.
– Tak… Janek, nie przestawaj – błagała, zaciskając dłonie na jego koszuli.
W
tym zakurzonym magazynie, pośród martwych dokumentów, ich ciała
tworzyły jedyną żywą strukturę. Janek czuł każdy mięsień jej ud, każdą
kroplę potu na jej czole. To nie była już tylko „grzeczna dziewczyna z
Idaho”. To była kobieta, która brała dokładnie to, czego chciała,
odrzucając na bok wszystkie zasady, o których opowiadała mu dwa dni
wcześniej.
Gdy
zbliżali się do szczytu, Janek chwycił ją za uda, stabilizując ich
oboje w tym niewygodnym, ale niesamowicie intensywnym układzie. Kiedy
finał nadszedł, był głośny i bezlitosny. Katarzyna wgryzła się w jego
ramię, by stłumić krzyk, a Janek poczuł, jak cały świat kurczy się do
tego jednego punktu styku ich ciał na blacie starej komody.
Dłuższą chwilę trwali w bezruchu, słysząc tylko własne, ciężkie oddechy i tykanie starego zegara gdzieś na korytarzu.
–
I co teraz, socjologu? – zapytała cicho, odgarniając wilgotne włosy z
twarzy i uśmiechając się tym swoim wybiórczo-mormońskim uśmiechem.
–
Teraz – Janek pomógł jej zejść z komody i zaczął poprawiać ubranie –
myślę, że musimy znaleźć salę z wygodniejszymi meblami na następny raz.
Katarzyna
zaśmiała się, zapinając spódnicę. W jej oczach nie było cienia wstydu,
tylko obietnica kolejnych, równie ryzykownych spotkań.
Nagle
ciszę rozdarł odgłos ciężkich butów uderzających o betonową posadzkę
korytarza. Echo niosło się wyraźnie, z każdym krokiem przybliżając
zagrożenie do drzwi ich kryjówki. Janek zamarł z dłonią na klamrze
paska, a Katarzyna wstrzymała oddech, instynktownie cofając się w głąb
cienia rzucanego przez regały.
Koniec części 1






















































Komentarze
Prześlij komentarz