Niech się żona dowie
Nagłe gwałtowne pukanie do drzwi przecięło gęste od pożądania powietrze
niczym rzeźnicki nóż. Błogi nastrój, budowany starannie przez ostatnią
godzinę, prysnął w ułamku sekundy, zostawiając po sobie jedynie lodowaty
powiew rzeczywistości.
Marcel,
który jeszcze przed chwilą zdawał się być całkowicie pochłonięty rytmem
naszych ciał i krzywizną moich bioder, nagle zesztywniał. Zastygł w
bezruchu, z nienaturalnie wyprostowanymi plecami, nasłuchując dźwięków
dobiegających z klatki schodowej.
– To chyba ona – jęknął, a w jego głosie nie było już śladu namiętności, jedynie czysty, zwierzęcy strach. – Trzeba pogasić światła!
Rzucił
się w stronę kontaktu, niemal potykając o własne spodnie porzucone w
nieładzie na dywanie. Stał tam potem, nagi i żałosny, skąpany w
półmroku. Jego członek, jeszcze przed momentem tak imponujący i twardy,
teraz zwisał smętnie, skurczony pod wpływem adrenaliny i paniki.
Patrzyłam na tego faceta, z którym spotykałam się od miesiąca, i czułam
narastające obrzydzenie. Ta nagła przemiana z pewnego siebie kochanka w
przerażonego chłopca była nie do zniesienia.
Powoli,
z demonstracyjnym spokojem, wysunęłam się z pościeli. Wiedziałam już,
że to koniec. Nie tylko tej nocy, ale całej naszej znajomości, wielkich
planów i kruchych snów o wspólnym „kiedyś”.
– Nie wychodź – syknął, chwytając mnie za ramię. – Ona może tam stać.
Wzruszyłam
ramionami, strącając jego dłoń. Właściwie było mi już wszystko jedno.
Niech żona wejdzie, niech zrobi awanturę, niech ten teatr wreszcie się
skończy. Zaczęłam beznamiętnie zbierać z podłogi swoje rzeczy: koronkową
bieliznę, pończochy, ołówkową spódnicę. Czułam znajome ukłucie żalu –
znowu, mimo wszelkich środków ostrożności, wpakowałam się w te same
tarapaty.
Adam
był kochankiem niemalże seryjnie produkowanym w fabryce kobiecych snów,
a przynajmniej tak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Młody
żonkoś, uosobienie czułości i delikatności, dysponował arsenałem
umiejętności, które wprawiały mnie w nieustanny podziw. Jego dłonie i
język pracowały z precyzją chirurga i pasją artysty, czyniąc każdą
wspólną chwilę technologicznym majstersztykiem rozkoszy. Adam posiadł
wiedzę o dziesiątkach pozycji seksualnych, które demonstrował z zapałem
neofity przy każdej możliwej okazji, a czasem nawet bez wyraźnego
powodu, jakby chciał udowodnić całemu światu swoją wszechstronność.
W
łóżku zachowywał się jak doskonale naoliwiona maszyna: nie znał
zmęczenia, znużenia ani rutyny. Brał mnie od przodu, od tyłu, z jednego i
drugiego boku, z nogami rozsuniętymi szeroko lub złożonymi ciasno
niczym skrzydła motyla. Czasem unosił moje uda wysoko, opierając je na
swoich muskularnych ramionach, choć tę akurat gimnastykę uprawialiśmy
rzadziej przez bolesne skurcze w moich łydkach. Był partnerem idealnie
elastycznym – zawsze chętnym do zmiany rytmu, wyrozumiałym, gdy
potrzebowałam chwili oddechu, i autentycznie radosnym, gdy dawałam
sygnał do rozpoczęcia kolejnej rundy naszego maratonu.
Mężczyzna
jak marzenie, prawda? Niestety, ten pomnik męskiej sprawności miał
jedną, za to gigantyczną skazę: paniczny, niemal patologiczny lęk przed
żoną. Adam żył w nieustannym cieniu swojej małżeńskiej przysięgi. Każde
zbliżenie kończyło się nerwowym spoglądaniem na zegarek; musiał wracać
do domu z punktualnością szwajcarskiego chronometru, by nie wzbudzić
podejrzeń „tej jedynej”. Pracował w pobliskim banku i przy każdej okazji
zaklinał mnie, niemal błagając na kolanach, bym w razie przypadkowego
spotkania na ulicy udawała, że kompletnie go nie znam.
Z
czasem ta gra zaczęła mnie męczyć. Patrzyłam na jego oczy, które
ciemniały ze strachu przy każdym wspomnieniu o domu, i słuchałam coraz
częstszych tyrad o wyrzutach sumienia. Ideał zaczął pękać. Zamiast
namiętnego kochanka widziałam przed sobą jedynie przerażonego chłopca,
który po każdej ekscytującej przygodzie trzęsie się na myśl o karze. To,
co początkowo było pikantnym dodatkiem, stało się barierą nie do
przebicia, skutecznie zabijając resztki mojej fascynacji.
Spotkałam
ją tydzień później, zupełnie niespodziewanie, w tym nieszczęsnym banku,
w którym Adam udawał przykładnego pracownika roku. Weszłam tam tylko po
to, by zamknąć lokatę, ale los miał wobec mnie inne plany. Stała przy
oknie, tyłem do wejścia, rozmawiając z kimś przez telefon. Już sama jej
sylwetka – nienagannie prosta, niemal sztywna w grafitowym kostiumie –
emanowała chłodem, który zdawał się obniżać temperaturę w całym
pomieszczeniu.
Gdy
się odwróciła, poczułam, jak żołądek wywraca mi się na drugą stronę.
Nie była ładna w klasyczny sposób; była posągowo wyniosła. Miała jasne,
lodowate oczy, które nie wyrażały absolutnie żadnych emocji, oraz usta
zaciśnięte w wąską, pogardliwą linię. Każdy jej ruch był wyliczony,
pozbawiony cienia spontaniczności. Patrzyła na ludzi wokół siebie nie
jak na partnerów, ale jak na błędy w arkuszu kalkulacyjnym, które należy
jak najszybciej skorygować.
Nagle
z zaplecza wyszedł Adam. Gdy tylko ją dostrzegł, jego cała postawa
uległa drastycznej zmianie. Ten muskularny mężczyzna, który jeszcze dwa
dni wcześniej brał mnie z siłą cyklonu, teraz skurczył się w sobie. Jego
ramiona opadły, wzrok uciekł w stronę polerowanej podłogi, a na twarzy
wykwitł ten sam paniczny strach, który widziałam w sypialni podczas
pukania do drzwi.
Podeszła
do niego bez słowa i poprawiła mu krawat. Ten gest, choć z pozoru
opiekuńczy, w jej wykonaniu wyglądał jak zaciskanie pętli. Nie
pocałowała go, nie uśmiechnęła się – po prostu sprawdziła, czy jej
własność prezentuje się odpowiednio. Adam stał nieruchomo, niemal
wstrzymując oddech, a ja, obserwując to z ukrycia za filarem, poczułam
nagły, paraliżujący lęk.
To
nie była zazdrość. To był pierwotny strach przed kobietą, która nie
wybacza i nie zapomina. Zrozumiałam wtedy, że Adam nie bał się sceny
zazdrości czy rozwodu – on bał się jej gniewu, który musiał być cichy,
lodowaty i niszczący. Patrząc na nich, poczułam się nagle bardzo mała i
naiwna. Moje łóżkowe akrobacje z Adamem były tylko żałosną próbą
ucieczki faceta, który na co dzień żył w luksusowym, ale mroźnym
więzieniu.
Po
Adamie i jego lodowatej żonie przyszedł czas na radykalną zmianę
scenerii. Poznałam Krzyśka – mężczyznę, który zdawał się być całkowicie
pozbawiony lęku, za to wyposażony w rzadki dar absolutnego, niemal
urzędniczego spokoju. Krzysiek był żonaty od dziesięciu lat i ten staż
wyrobił w nim rutynę godną zawodowego agenta wywiadu. Dla niego zdrada
nie była emocjonalnym dramatem, lecz logicznie zaplanowanym procesem.
Zawsze
miał gotowe, wiarygodne alibi, a jego twarz nie zdradzała ani cienia
poczucia winy. Nie ukrywał przede mną, że nie jestem jedyna – traktował
swój harem z tą samą pragmatyczną rzetelnością, z jaką zarządzał
projektami w pracy. Nasze spotkania odbywały się w przyzwoitych
hotelach, gdzie pościel zawsze pachniała krochmalem, a my bez
skrępowania schodziliśmy do restauracji na kolację. Krzysiek dbał o
oprawę, ale w umówionej godzinie po prostu wstawał, poprawiał marynarkę i
wychodził bez zbędnych czułości.
W
łóżku również panowała przewidywalność, choć podszyta jego specyficznym
nienasyceniem. Krzysiek był rzemieślnikiem rozkoszy, całkowicie zdanym
na moją inwencję, z jednym istotnym wyjątkiem: miał obsesję na punkcie
moich najintymniejszych zakamarków. Najbardziej lubił mnie lizać; wpijał
się w wargi sromowe zachłannie, z pasją, która zdawała się nie mieć
końca.
– Daj mi ją – szeptał, gdy tylko odnajdywał drogę między moje uda.
– Daj mi ją – szeptał, gdy tylko odnajdywał drogę między moje uda.
Z tą samą werwą, niemal nabożnie, zajmował się moim odbytem. Wciskał język w moją „czekoladową dziurkę” – twardy, sterczący, ostry – penetrując mnie głębiej, niż mogłabym się spodziewać. Moja szparka i całe ciało płonęły z zachwytu, dopóki... dopóki zegar nie wskazał godziny powrotu. Wtedy, bez względu na siłę orgazmu, Krzysiek pakował siebie oraz swoje przyrodzenie i znikał w drzwiach, zostawiając po sobie jedynie zapach drogich perfum i pustkę.
Zostawiona
tak nikczemnie po raz kolejny, poczułam, że coś we mnie pękło. Miałam
dość bycia pozycją w grafiku, dodatkiem do „prawdziwego” życia żonatych
samców. Postanowiłam: koniec z tym. Pragnęłam kogoś, dla kogo będę
centrum wszechświata, kto pokocha mnie bez patrzenia na zegarek i będzie
się bał wyłącznie utraty moich względów. I wtedy, jak na zamówienie,
pojawił się on. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Marcel
był powiewem świeżości, którego tak desperacko potrzebowałam. Młody,
jeszcze niezaobrączkowany, z własnym mieszkaniem i urzekającą nutką
nieśmiałości, która sprawiała, że czułam się przy nim bezpiecznie.
Zakochał się we mnie błyskawicznie, a ja – o ironio – odwzajemniłam to
uczucie, wierząc, że fatum wreszcie odpuściło. Nasza pierwsza prawdziwie
erotyczna randka odbyła się po miesiącu podchodów w jego eleganckim
gniazdku. Sceneria była idealna: nastrojowa muzyka sącząca się z
głośników, markowy alkohol w kryształowych kieliszkach i zapach dobrej
kolacji, który mieszał się z aromatem jego perfum.
Siedzieliśmy
na beżowej, skórzanej sofie, a napięcie między nami można było kroić
nożem.
Wyjęłam wisienkę z drinka, wsunęłam ją do ust i przysunęłam się
do niego, rzucając mu wyzywające spojrzenie. Marcel zrozumiał w ułamku
sekundy. Łapczywie przechwycił owoc swoimi wargami, niemal go
pochłaniając, by zaraz potem wpić się w moje usta z nienasyconą
namiętnością. Jego dłoń, początkowo niepewna, zaczęła pewną wędrówkę po
moim kolanie i udzie, aż dotarła do samego centrum mojego pożądania.
Rozsunęłam nogi, pozwalając mu zatopić palce w lepkiej, gorącej wilgoci.
Czułam, jak słodkie ciepło rozlewa się po całym ciele, a pod powiekami
tańczą mroczki.
Potem
wszystko potoczyło się zmysłowym rytmem. Marcel delikatnie mnie
rozebrał, układając moje ciało na chłodnej skórze kanapy jak
najcenniejszy skarb. Wypieścił mnie centymetr po centymetrze, a ja,
odurzona bliskością, zajęłam się jego imponującą męskością. Miał
„ekstra” dużą, piękną maczugę, którą pieściłam z oddaniem, zanim
wypięłam pupę i przykleiłam twarz do podłogi, czekając na finał. Właśnie
wtedy, gdy uwierzyłam w bajkę o dwóch połówkach jabłka i poczułam, że
to jest „to”, ciszę rozdarło gwałtowne, niecierpliwe pukanie do drzwi.
W
jednej sekundzie magia prysła. Spojrzałam na Marcela i zamarłam – w
jego oczach zobaczyłam ten sam paniczny, zwierzęcy strach przed
demaskacją, który znałam od wszystkich moich żonatych kochanków. Mój
nowy, wymarzony świat rozpadł się z głośnym brzękiem na tysiąc drobnych
kawałków, których nie skleiliby nawet najlepsi specjaliści od złamanych
serc.
–
Zostań – wychrypiał, gdy pukanie ustało. – To tylko matka. Czasem tu
zagląda bez zapowiedzi. Przecież nic się nie stało – przekonywał z
nadzieją, bo widocznie erekcja wróciła mu szybciej niż zdrowy rozsądek.
Patrzyłam
na niego z lodowatym spokojem, wciągając rajstopy i poprawiając makijaż
przed lustrem. Jego błagania i desperackie „kocham cię” rzucone na
ratunek sytuacji nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia. Miałam
serdecznie dość – wszystkich mężczyzn, ich toksycznych więzi, mamuś, żon
i wiecznego strachu, który zabijał każdą cząstkę prawdziwej
namiętności.
Halina
Bąk, lat czterdzieści cztery, spojrzała w lustro w przedpokoju. Miała
sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i sylwetkę, którą kiedyś
znajomy artysta określił mianem „wazonu”. Miała szerokie biodra, wyraźne
wcięcie w talii i ciężki, nieproporcjonalnie duży biust w rozmiarze
80/F, który od lat był jej przekleństwem i błogosławieństwem
jednocześnie.
Wróciła
do domu od Marcela z lodowatym spokojem, który był tylko maską dla
ryczącej w środku pustki. Zamknęła drzwi na wszystkie spusty, jakby
chciała odciąć się od świata pełnego tchórzliwych synków i wiarołomnych
mężów. W salonie panowała gęsta cisza, przerywana jedynie tykaniem
zegara, który bezlitośnie odliczał minuty jej samotnego życia.
Zaczęła
się rozbierać. Wolno, bez pośpiechu, celebrując każdy ruch, jakby brała
udział w jakimś smutnym, prywatnym rytuale. Zsunęła czarną sukienkę,
która opadła na podłogę niczym martwa skóra. Potem przyszła kolej na
biustonosz – misterną konstrukcję z fiszbinami, która przez cały dzień
trzymała w ryzach jej kobiecość. Gdy rzuciła go na fotel, poczuła
fizyczną ulgę, a jej ciężkie piersi, oznaczony siatką cienkich żyłek i
upływem czasu, opadły swobodnie.
Stanęła
nago na środku pokoju, oświetlona jedynie mdłym światłem ulicznej
latarni wpadającym przez okno. Przesunęła dłońmi po swojej skórze. Czuła
pod palcami krągłość bioder i miękkość brzucha, który nie był już tak
napięty jak dwadzieścia lat temu, ale wciąż kusił gładkością. Była
piękną kobietą – dojrzałą, świadomą swojego ciała, pełną
niewykorzystanego żaru. I była potwornie samotna.
Ta
samotność miała zapach taniej herbaty i świeżo wypranej pościeli, w
której nikt nie zostawiał po sobie zagnieceń. Halina podeszła do okna,
nie zasłaniając firanek. Wiedziała, że nikt jej nie widzi, a nawet jeśli
– co z tego? W tym momencie czuła się jak eksponat w pustym muzeum. Jej
ciało, stworzone do dawania i brania rozkoszy, było teraz jedynie
biologicznym opakowaniem dla smutku.
Usiadła
na brzegu łóżka. Dotknęła sutków, które stwardniały pod wpływem
chłodnego powietrza, ale nie poczuła podniecenia, tylko narastający żal.
Tyle lat szukania, tyle nocy spędzonych w ramionach mężczyzn, którzy
zawsze jedną nogą byli już za progiem, uciekając do żon, matek czy
własnych lęków. Wspomnienie Marcela skulonego pod drzwiami wywołało u
niej odruch wymiotny.
Zaczęła
gładzić się po wewnętrznej stronie ud, schodząc coraz niżej, tam, gdzie
jeszcze godzinę temu tętniło życie. Jej palce natrafiły na resztki
wilgoci, ale to nie była ta sama wilgoć co zwykle. To był ślad po
kłamstwie. Włożyła palec do środka, czując pulsowanie własnej krwi.
Zamknęła oczy, próbując wyobrazić sobie kogoś, kto nie patrzy na
zegarek. Kogoś, kto widzi w niej Halinę, a nie tylko „wazon” pełen
seksualnych obietnic.
– Od jutra – szepnęła do pustej ściany. – Od jutra wszystko będzie inaczej.
Wiedziała
jednak, że te słowa to tylko plaster na otwartą ranę. Położyła się na
wznak, pozwalając, by jej obfity biust rozlał się na boki. Rozłożyła
nogi, wystawiając się na pastwę ciszy. Była naga, była wolna i była
przerażona faktem, że ta wolność smakuje jak popiół. Zasypiała z dłonią
między udami, nie szukając już rozkoszy, a jedynie odrobiny ciepła,
którego nikt inny nie chciał jej podarować bezwarunkowo.





















































Komentarze
Prześlij komentarz