Markiza de Sade

 Markiza de Sade


Kiedy przysuwałem się do krocza Moniki, zapach jej ciała uderzył we mnie z siłą obezwładniającego odurzenia. Moje dłonie, dotąd drżące z obawy przed karą, teraz dygotały z pożądania, którego nie potrafiłem stłumić. Trzymałem w palcach skrawek czarnej koronki – przedmiot tak lekki i efemeryczny, że bałem się, iż rozedrze się pod samym naporem mojego wzroku.
– Nie guzdraj się, nędzna kreaturo – rzuciła, a w jej głosie pobrzmiewała nuta perwersyjnej satysfakcji. Widziała, jak ja, dwudziestoośmiolatek, walczę ze sobą, jak każdy mięsień mojego ciała napina się w akcie wymuszonej dyscypliny.

 
Wsunąłem jej stopy w otwory majtek. Robiłem to z namaszczeniem, jakbym odprawiał nabożeństwo. Kiedy materiał przesuwał się w górę jej ud, czułem pod palcami gładkość jedwabiu i ciepło jej skóry. Musiałem zachować dystans, ale magnetyzm czterdziestotrzyletniej Moniki był silniejszy niż strach przed witkami. Moje nozdrza rozszerzyły się gwałtownie. Zaśmiała się krótko, sucho, i nagle poczułem na karku jej dłoń. Wplątała palce w moje włosy i brutalnie przygięła moją głowę do swojego brzucha.
– Chciałbyś, prawda? – szepnęła, a krew uderzyła mi do skroni. – Chciałbyś poczuć coś więcej niż tylko materiał?
W tym pytaniu, zawieszonym w gęstym powietrzu pokoju, kryło się całe napięcie między nami. Monika patrzyła z góry, badając moją reakcję, a ja trwałem w bezruchu, uświadamiając sobie, jak silnie ta chwila zapadnie mi w pamięć. Jej dłoń wciąż spoczywała na moim karku, wyznaczając granice tej skomplikowanej gry władzy i fascynacji.


Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że każde słowo może zostać uznane za zuchwalstwo. Moja erekcja, która na chwilę przygasła pod wpływem bólu, teraz powróciła ze zdwojoną siłą, boleśnie napierając na ciasny uniform w pasy. Monika poczuła to. Puściła moje włosy i wymierzyła mi siarczysty policzek.
– Do nogi! – rozkazała, wskazując na skórzany puf obok lustra. – Skoro tak bardzo chcesz służyć, to pokazuj, że na to zasługujesz. Skończ z tymi majtkami.
Dokończyłem zadanie z najwyższym trudem. Koronka idealnie opięła jej biodra, tworząc prowokacyjny kontrast z bladą skórą. Monika odwróciła się do lustra, poprawiając ułożenie bluzki. Była teraz ucieleśnieniem elegancji podszytej mrokiem. Spojrzała na swój zegarek – delikatny, złoty drobiazg na nadgarstku.
– Za dziesięć minut wychodzę. Masz czas, żeby doprowadzić przedpokój do porządku. I przygotuj mi futro. To z lisa – dodała, nie odrywając wzroku od swojego odbicia.
Pobiegłem do przedpokoju. Moje bose stopy klapały o zimny parkiet. Czułem się jak w transie. Wyjąłem z szafy ciężkie, luksusowe futro, które pachniało jej perfumami i luksusem, o jakim ja mogłem tylko marzyć. Stałem tam, trzymając to trofeum w ramionach, a w mojej głowie kłębiły się obrazy minionej godziny. Ból na ramionach wciąż pulsował kojącym żarem. To było to – ta specyficzna mieszanka upokorzenia i uwielbienia, która trzymała mnie przy niej mocniej niż jakiekolwiek więzy małżeńskie czy finansowe.
Monika wyszła z pokoju majestatycznym krokiem. Każdy stukot jej wysokich obcasów o podłogę odbijał się echem w moim sercu. Stanęła plecami do mnie, lekko odchylając ramiona. To był sygnał. Narzuciłem na nią futro, starając się nie dotknąć jej gołej szyi, choć pragnienie, by zatopić w niej zęby, było niemal nie do zniesienia.
– Będziesz tu czekał – powiedziała, zapinając guzik przy szyi. – Wrócę późno. Jeśli zobaczę choć jedno ziarnko kurzu, albo jeśli nie daj Boże znów zobaczę to... to twoje nieposłuszeństwo w spodniach... pożałujesz, że w ogóle się urodziłeś. Zrozumiano?
– Tak, pani – wykrztusiłem, spuszczając wzrok na jej buty.
 

 
Podeszła do drzwi, otworzyła je i na moment zatrzymała się na progu. Zimne powietrze z klatki schodowej wdarło się do środka, mieszając się z wonią jej makijażu.
– A tak w ogóle – rzuciła przez ramię – w tym pasiastym stroju wyglądasz dokładnie tak, jak się czujesz. Jak więzień. Moim więzień.
Drzwi zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Zostałem sam w cichym, wychłodzonym mieszkaniu. Cisza była ciężka, niemal fizyczna. Osunąłem się na kolana tuż przy drzwiach, tam, gdzie jeszcze przed chwilą stały jej stopy. Podłoga była lodowata, ale ja nie czułem zimna. Czułem jedynie pustkę, która zawsze zostawała po jej odejściu, i narastające oczekiwanie na jej powrót.
Zacząłem sprzątać. Robiłem to z fanatyczną dokładnością. Polerowałem kurze, układałem flakony perfum na toaletce, wyrównywałem dywaniki. Każdy przedmiot, który należał do niej, traktowałem jak relikwię. W pewnym momencie znalazłem na podłodze jedną z jej rzęs, która musiała odkleić się podczas robienia makijażu. Podniosłem ją ostrożnie i położyłem na dłoni. Była czarna, wygięta, idealna.
Usiadłem na podłodze w sypialni, opierając plecy o nogę jej łóżka. Mój uniform piżamowy w paski drapał mnie w skórę, przypominając o mojej roli. Zamknąłem oczy. W mojej wyobraźni Monika była już na przyjęciu, otoczona mężczyznami w drogich garniturach, którzy patrzyli na nią z zachwytem, nie mając pojęcia, że w domu czeka na nią ktoś, kto zna jej najmroczniejsze oblicze. Ktoś, kto kocha jej okrucieństwo bardziej niż ich komplementy.
Czas płynął powoli. Godziny zlewały się w jedno. Moje ciało zesztywniało, ale nie ruszyłem się z miejsca. Wyobrażałem sobie karę, którą mi wymierzy, jeśli uzna, że sprzątanie nie było wystarczająco dokładne. Ta myśl przynosiła mi dziwny spokój. W świecie pełnym chaosu i niepewności, surowy regulamin Moniki był jedyną stałą, na której mogłem polegać.
Gdzieś około drugiej nad ranem usłyszałem dźwięk klucza w zamku. Serce podeszło mi do gardła. Zerwałem się na równe nogi, prostując uniform i próbując przybrać pozę pełną pokory. Drzwi otworzyły się i do środka weszła ona. Wyglądała na zmęczoną, ale wciąż promieniała tą samą dominującą energią.
– Jeszcze nie spisz? – zapytała, zdejmując futro i rzucając je niedbale w moje ramiona.
– Czekałem na panią – odparłem cicho.
Podeszła do mnie blisko, tak blisko, że czułem od niej zapach wina i papierosów. Podniosła rękę i delikatnie przesunęła palcem po mojej żuchwie. Jej dotyk był tym razem inny – mniej agresywny, niemal czuły, co przeraziło mnie bardziej niż jakikolwiek cios.
– Dobry piesek – mruknęła. – A teraz pomóż mi zdjąć te buty. Bolą mnie nogi.
Klęknąłem przed nią natychmiast. Moje palce znów zmagały się z małymi sprzączkami, ale tym razem szło mi sprawniej. Czułem, jak narasta we mnie fala wdzięczności za to, że wróciła, że znów jestem w zasięgu jej władzy. Kiedy ostatni but wylądował na podłodze, Monika westchnęła z ulgą i oparła stopę na moim ramieniu.
– Wiesz, co teraz zrobimy? – zapytała retorycznie, patrząc na mnie z góry z tym swoim tajemniczym uśmiechem.
Wiedziałem. Noc dopiero się zaczynała, a ja byłem gotów na każdą lekcję, którą postanowi mi dać. Bo w tym chłodnym pokoju, w tym pasiastym stroju i z bólem, który był jedynym dowodem jej uwagi, czułem, że wreszcie jestem na swoim miejscu.

 
Zostałem w ciemności, która zdawała się gęstnieć z każdą sekundą odmierzaną przez bicie mojego serca. Chłód pokoju, wcześniej ledwie odczuwalny, teraz zaczął kąsać moją nagą skórę z furią, jakby same ściany chciały mnie wypędzić. "Jak wrócę, ma cię tu nie być" – te słowa wirowały w mojej głowie niczym ostre odłamki szkła. Czy to naprawdę koniec? Czy moja niezdarność, ten fizjologiczny bunt ciała, ostatecznie przekreślił moją rację bytu u jej stóp?
Podniosłem się z podłogi, czując wstydliwy chłód zasychającej na udzie plamy. Byłem żałosny. Spojrzałem w stronę lustra, przed którym jeszcze przed chwilą siedziała Monika. W słabym świetle latarni wpadającym przez okno widziałem jedynie zarys mebla, ale wciąż czułem zapach jej pudru i ten owocowy aromat, który doprowadził mnie do zguby.
Zacząłem mechanicznym ruchem sprzątać porozrzucane przybory do makijażu. Układałem pędzelki z nabożną czcią, jak relikwie. Każdy z nich dotykał jej twarzy, był bliżej niej, niż ja kiedykolwiek będę mógł marzyć. Moje palce drżały, gdy podnosiłem porzucony wacik z resztką szminki. To był jedyny ślad jej obecności, fizyczny dowód na to, że ta godzina rozkoszy i bólu nie była tylko sennym koszmarem.
"Ma cię tu nie być" – powtórzyłem w myślach. Ale dokąd miałbym pójść? Poza tymi czterema ścianami, poza jej kaprysami i karami, świat wydawał mi się jałowy i pusty. Bez jej dominacji byłem nikim, bezużytecznym cieniem pozbawionym właściciela.
Nagle mój wzrok padł na szafę. Wiedziałem, że to ryzykowne, że to wręcz świętokradztwo, ale nie mogłem się powstrzymać. Otworzyłem ciężkie drzwi i zanurzyłem twarz w jej ubraniach. Zapach Moniki uderzył we mnie ze zdwojoną siłą – skóra, perfumy, pot i ta nieuchwytna nuta władzy. Zacząłem szlochać, cicho, by nie urazić ciszy, która teraz panowała w mieszkaniu.
Wiedziałem, co muszę zrobić. Jeśli miałem odejść, musiałem zostawić po sobie porządek idealny, taki, który sprawi, że choć przez ułamek sekundy poczuje mój brak. Zacząłem czyścić podłogę, centymetr po centymetrze, usuwając ślady własnego upadku. Moje kolana piekły od szorstkiego dywanu, ale ten ból był kojący. Był formą pokuty.
Kiedy skończyłem, pokój wyglądał nienagannie. Uniform służącego złożyłem w kostkę i położyłem na krześle, na którym siedziała. Stałem przed drzwiami, gotowy do wyjścia, ubrany w swoje zwykłe, szare ubranie, które teraz wydawało mi się obce i niewygodne. Chwyciłem klamkę, ale w ostatniej chwili zawahałem się.
Czy Monika naprawdę chciała, bym zniknął? Czy to nie była kolejna, najbardziej wyrafinowana z jej lekcji? "Jak wrócę..." – to sugerowało, że ma zamiar wrócić, że jej świat wciąż tu jest. A mój świat był tylko tam, gdzie ona.
Zamiast wyjść, osunąłem się na wycieraczkę po wewnętrznej stronie drzwi. Postanowiłem zostać. Nie w pokoju, nie w jej łóżku, ale tutaj, na progu, jako rzecz, o którą potknie się, gdy wróci. Jeśli miała mnie wyrzucić, musiała to zrobić osobiście, patrząc mi w oczy. Musiała widzieć moją absolutną klęskę.
Godziny mijały. Moje ciało drętwiało, a umysł podsuwał coraz mroczniejsze wizje tego, co Monika robi teraz, w świetle klubowych neonów, w ramionach kogoś, kto potrafi nad sobą panować. Kogoś, kto nie jest "do niczego". Każdy szmer na klatce schodowej sprawiał, że wstrzymywałem oddech.

 
Wreszcie, gdy świt zaczął powoli szarzyć szyby, usłyszałem szczęk klucza. Drzwi pchnęły mnie lekko, bo siedziałem tuż za nimi. Monika weszła do środka, niosąc ze sobą zapach chłodnej nocy i drogiego alkoholu. Nie zapaliła światła. Przez chwilę stała nade mną w milczeniu.
– Jeszcze tu jesteś? – spytała cicho, a w jej głosie nie było już złości, tylko ciężkie, ołowiane zmęczenie.
– Nie potrafię odejść, pani – szepnąłem, nie podnosząc głowy.
Poczułem, jak czubek jej buta unosi mój podbródek. Patrzyła na mnie z góry, jej makijaż był lekko rozmazany, co dodawało jej drapieżnego uroku.
– Jesteś beznadziejnym przypadkiem – stwierdziła, a ja poczułem, jak po policzku spływa mi łza. – Ale pokój lśni. Widziałam.
Cofnęła nogę i ruszyła w głąb mieszkania, zrzucając pelerynkę na podłogę, prosto przed moje kolana.
– Podnieś to – rzuciła niedbale. – I zrób mi herbatę. Silną. Może jednak do czegoś się przydasz, jeśli nauczysz się słuchać, zamiast tylko czuć.
Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Dostałem szansę. Jeszcze jedną, kruchą i niepewną, ale szansę. Rzuciłem się, by podnieść materiał, całując rąbek jej pelerynki w locie. Wiedziałem, że ta gra nigdy się nie skończy, a każda moja porażka będzie tylko paliwem dla jej okrucieństwa. I właśnie to sprawiało, że żyję.
Przeskoczmy zatem do momentu, w którym herbata dawno wystygła, a poranne słońce bezlitośnie obnaża każdy pyłek kurzu, którego nie zdołałem dostrzec w nocy.
Monika siedziała na krawędzi łóżka, wciąż w tej samej czarnej bluzce, ale jej wzrok był teraz trzeźwy i twardy jak diament. Nie patrzyła na mnie, lecz na mały, skórzany neseser, który wyjęła z dna szafy. Wiedziałem, co tam jest. To nie były witki, którymi smagała mnie wcześniej. To było coś, co rezerwowała na chwile mojej największej niesubordynacji.
– Podejdź – rzuciła krótko. Jej głos nie znosił sprzeciwu. – Skoro nie potrafisz panować nad własnym ciałem, ja przejmę nad nim pełną kontrolę. Skoro brudzisz ten dom swoimi... słabościami, musisz zapomnieć, że w ogóle posiadasz męskość.
Klęknąłem u jej stóp, czując, jak żołądek zaciska mi się w supeł. Monika wyjęła z pudełka metalowy, lśniący przedmiot – klatkę na penis, misternie wykonaną z chłodnej stali, z małą kłódką, do której tylko ona miała klucz.
– To jest twoja nowa skóra – powiedziała, a w kąciku jej ust błąkał się cień satysfakcji. – Będziesz ją nosił tak długo, aż nauczysz się, że każda kropla, która z ciebie wypłynie, należy wyłącznie do mnie. I tylko wtedy, gdy ja na to pozwolę.
Moje serce waliło jak oszalałe. Perspektywa całkowitego uwięzienia przerażała mnie i fascynowała jednocześnie. To była kara ostateczna – odebranie mi możliwości jakiejkolwiek ulgi, dopóki ona nie uzna, że na nią zasłużyłem.
– Załóż to. Sama sprawdzę, czy zamek dobrze trzyma – dodała, rzucając mi kluczyk na dłoń. – A potem... potem pójdziesz do kuchni i wyszorujesz podłogę szczoteczką do zębów. Tą samą, którą myjesz swoje kłamliwe usta.






















































































 


















 

Komentarze