Ladacznica, czyli opierała się pani?

 Ladacznica, czyli opierała się pani?

Tak, o ladę. 

Weszła do sklepu w samym środku niedzielnego bezruchu, gdy miasto zastyga w poobiednim letargu. Miałem za sobą godzinę totalnej nudy, a przed sobą perspektywę kolejnej, zanim po dziewiętnastej zacznie się wieczorny młyn. Obsłużyłem ją rutynowo, ale jej strój sprawił, że rutyna prysnęła w ułamku sekundy.

 
Wyglądała wyzywająco, jakby każda część jej garderoby była zaproszeniem do czegoś bezpruderyjnego. Miała na sobie skąpą, czarną bluzeczkę z cienkiego materiału, pod którym wyraźnie odznaczały się zarysy piersi, oraz jadowicie zieloną, krótką spódniczkę z głębokimi rozcięciami. Całość uzupełniały niebotycznie wysokie szpilki, które podkreślały jej nienaganne nogi. Patrząc na nią, poczułem nagłe uderzenie gorąca. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła mi obrazy, których nie powstydziłby się reżyser filmów dla dorosłych: ona oparta o ladę, ja tuż za nią, wspólna zatrata w ciasnym zapleczu sklepu.
Z trudem opanowałem drżenie rąk, ale języka nie zdołałem powstrzymać.
– W takim stroju to chyba trochę strach chodzić? – rzuciłem bezczelnie, taksując ją wzrokiem od stóp do głów.
Jej usta, podkreślone szminką, lekko się rozchyliły, a koniuszek języka zwilżył wargi.
– Dlaczego? – zapytała, a w jej głosie nie słyszałem oburzenia, lecz ciekawość.
– Może wywoływać... specyficzne propozycje.
– Jakie na przykład? – Odpowiedziała pytaniem, doskonale widząc, że mój wzrok zatrzymał się na jej piersiach. Cienki materiał bluzki zdradzał jej fizjologiczną reakcję na tę rozmowę.
– Wiadomo jakie – mruknąłem, czując, jak gęstnieje między nami atmosfera.
– Może wiadomo... – zawiesiła głos i przysunęła się do lady tak blisko, że dzieliły nas centymetry. – A może chciałabym usłyszeć jakiś przykład teraz?
Zamurowało mnie na sekundę, ale instynkt przejął kontrolę. Nachyliłem się do jej ucha, czując zapach jej perfum zmieszany z rozgrzaną skórą. Musnąłem wargami płatek jej ucha.
– Na pewno? – wyszeptałem.
– Na pewno.
Nie musiała powtarzać.
– Ten strój... wygląda, jakby był dobrany pod kątem szybkiego, ostrego spotkania – zacząłem mruczeć, delikatnie podskubując jej ucho zębami. – Takiego, które dzieje się tu i teraz. Wystarczyłoby zamknąć drzwi, opuścić żaluzje i odciąć się od świata.
Czułem jej przyspieszony oddech na swojej szyi.
– I co wtedy? – wyszeptała, prowokując mnie do dalszego opisu.
– Wtedy nie byłoby miejsca na delikatność. Spódniczka powędrowałaby w górę, a szpilki stukałyby o ladę, podczas gdy ja brałbym cię zachłannie, nie licząc się z czasem ani miejscem. Słyszałbym tylko twój oddech i prośby o więcej, podczas gdy moje dłonie zaciskałyby się na twoich biodrach.
Spojrzała mi prosto w oczy, a jej wzrok płonął. W tym pustym sklepie, w środku leniwej niedzieli, czas nagle przestał istnieć. Liczyło się tylko to, co mogło wydarzyć się za chwilę, gdybym tylko odważył się przekręcić klucz w drzwiach.
jej idealnie gładki, rozpalony tyłeczek, nie wytrzymałem. Już za nią klęczałem. Rozchyliłem pośladki i zaatakowałem ustami. Była już bardzo gotowa. Kiedy wessałem się w jej delikatne, ociekające wargi, wydała z siebie głębokie, gardłowe westchnienie. Całym ciałem położyła się na ladzie, a jej biodra zaczęły falować w rytm moich pieszczot.
Wsunąłem palec do środka, potem drugi. Jęczała, gdy poruszałem dłonią coraz szybciej, badając jej wilgoć. Kciukiem drugiej ręki odważnie zawędrowałem do jej drugiego wejścia, wyczuwając, jak napina się pod wpływem tego bodźca.
– Czego teraz chcesz? Powiedz – zażądałem, nie przestając jej drażnić.
– Jeszcze pytasz? – Jej oddech był rwący, niemal desperacki. – Zerżnij mnie. Jak dziwkę.
– Tu? – Poruszyłem palcami głęboko w jej muszelce. – Czy tu? – Docisnąłem kciuk w jej ciasnym otworze.
– Gdzie chcesz... Rżnij mnie... Błagam... – wyjęczała, niemal wbijając paznokcie w blat lady.
 

 
Wstałem gwałtownie, uwalniając swój nabrzmiały, pulsujący członek. To była kwestia sekund. Nie ruszała się, czekała na mnie w pełnej gotowości. Gdy tylko poczuła dotyk twardej główki na swoich wargach, sama rzuciła biodrami w tył, nadziewając się na mnie do samego końca. Jęknęliśmy oboje. To nie był tylko seks; to była pierwotna wymiana energii. Balansowałem na krawędzi finału, ale miałem ochotę na coś więcej.
Zatrzymałem się na moment, czując, jak pulsuje w jej ciasnym uścisku.
– Dość mokry, co? – spytałem z ironicznym uśmiechem.
Zastygła i spojrzała na mnie przez ramię. Jej wzrok był zamglony, usta półotwarte.
– Dość mokry? – powtórzyła bez tchu.
– Żeby cię wypieprzyć od tyłu – rzuciłem prosto w jej rozpaloną twarz, widząc, jak ta wizja natychmiast ją elektryzuje.
Wiedziałem, że ta niedziela w sklepie nie skończy się szybko. W powietrzu unosił się zapach potu, pożądania i adrenaliny, a my dopiero zaczynaliśmy pisać ciąg dalszy tej historii na twardym blacie lady.
Wstałem gwałtownie, czując, jak adrenalina miesza się z czystym pożądaniem. Przeszedłem kilka kroków, które dzieliły mnie od wejścia, i jednym zdecydowanym ruchem przekręciłem klucz. Metaliczny szczęk zamka odbił się echem w ciszy pustego sklepu, pieczętując naszą prywatność. Żaluzje opadły z łoskotem, odcinając nas od niedzielnego słońca i ciekawskich spojrzeń przechodniów. Wnętrze pogrążyło się w półmroku, który natychmiast rozświetliły jej płonące oczy.
Kiedy się odwróciłem, ona już wiedziała. Stała przewieszona przez ladę, wypięta w moją stronę w pozie tak bezwstydnej, że krew w moich żyłach zawrzała. Jej dłonie z niemal nabożną powolnością zsuwały się po pośladkach, aż palce chwyciły rąbek jadowicie zielonej spódniczki. Pociągnęła materiał w górę, centymetr po centymetrze, odsłaniając przede mną widok, który sprawił, że na moment zapomniałem o oddychaniu.
– Nie ma co odsuwać, kotku – zamruczała niskim, piersiowym tonem, który podziałał na mnie jak zapalnik. – Nie gadaj, co byś zrobił, tylko to zrób. Na co czekasz?
To wyzwanie pchnęło mnie naprzód. W ułamku sekundy znalazłem się za nią. Już klęczałem, a moje dłonie bezceremonialnie rozchyliły jej pośladki. Była idealnie gładka i niezwykle wilgotna. Gdy zaatakowałem ustami jej nabrzmiałe wargi, wydała z siebie głuchy, gardłowy jęk, kładąc się piersiami na blacie lady. Wsunąłem jeden palec, potem drugi, badając jej ciasnotę, podczas gdy kciuk drugiej ręki odważnie zawędrował do jej drugiego wejścia.
– Czego teraz chcesz? Powiedz – zażądałem, wiercąc w niej palcami i czując, jak jej biodra zaczynają falować w desperackim rytmie.

– Zerżnij mnie... Jak dziwkę! – wykrztusiła, niemal wbijając paznokcie w krawędź lady. – Tak po prostu... rżnij mnie... Błagam!
Nie musiała prosić dwa razy. Wstałem, uwalniając swój nabrzmiały członek, który pulsował z bolesnego pożądania. Wystarczyło, że czubek dotknął jej rozpalonego wnętrza, a ona sama cofnęła biodra, nadziewając się na mnie aż po samą nasadę. Jęknęliśmy oboje w tej samej chwili. To nie była czuła kochanka, to była dzika bestia, która brała to, czego chciała.
Przez kilka minut w pustym sklepie słychać było tylko miarowe uderzenia ciał o drewniany blat i jej coraz głośniejsze, rwące się krzyki. Czułem, że zbliżam się do krawędzi, że wystarczy jeszcze kilka mocnych, głębokich pchnięć. Zatrzymałem się jednak na moment, czując, jak potwornie jest we mnie ciasno i mokro.
– Dość mokry, co? – spytałem z ironicznym błyskiem w oku, patrząc na jej spoconą szyję i drżące ramiona.
 

 

Zastygła i spojrzała na mnie przez ramię, z twarzą wykrzywioną dziką rozkoszą.
– Dość mokry? – powtórzyła, nie do końca rozumiejąc pytanie w tym amoku.
– Żeby cię wypieprzyć od tyłu – rzuciłem bez ogródek, a widok nagłego błysku w jej zamglonych oczach utwierdził mnie w przekonaniu, że to dopiero początek naszej niedzielnej rewolucji.
Przez kilka minut w sklepie słychać było tylko miarowe uderzenia ciał o ladę i jej coraz głośniejsze, rwące się krzyki. Czułem, że zbliżam się do krawędzi, że wystarczy jeszcze kilka mocnych pchnięć. Zatrzymałem się jednak na moment, czując, jak jest we mnie ciasno i mokro.
– Dość mokry, co? – spytałem z ironicznym błyskiem w oku, patrząc na jej spoconą szyję.
Zastygła i spojrzała na mnie przez ramię, z twarzą wykrzywioną rozkoszą.
– Dość mokry? – powtórzyła, nie rozumiejąc.
– Żeby cię wypieprzyć od tyłu – rzuciłem bez ogródek, a widok błysku w jej oczach utwierdził mnie w przekonaniu, że to dopiero początek tej niedzielnej rewolucji.
Wiedziałem, że ta myśl rozpaliła ją bardziej niż cokolwiek wcześniej. Jej ciało zadrżało, a biodra mimowolnie wypięły się jeszcze mocniej, jakby podświadomie szukały tego nowego, ciaśniejszego rodzaju bliskości.
– Tak... – wyjęczała, chwytając krawędź lady tak mocno, że jej kłykcie zbielały. – Rób, co chcesz... wszystko... tylko mnie nie zostawiaj tak...
Wyszedłem z niej powoli, czując, jak jej rozgrzane wnętrze zaciska się wokół mnie, nie chcąc puścić. Wilgoć lśniła na mojej skórze w półmroku sklepu. Nie dając jej ani sekundy na oddech, jedną ręką mocno chwyciłem ją za biodro, stabilizując jej ciało, a drugą sięgnąłem niżej. Moje palce, wciąż mokre od jej soków, zaczęły krążyć wokół drugiego wejścia, przygotowując je na to, co miało nadejść.
Zastygła. Czułem, jak każdy mięsień w jej ciele się napina, a oddech staje się urywany, świszczący.
– Spokojnie, maleńka – mruknąłem tuż przy jej uchu, muskając je zębami. – Zaraz poczujesz, jak to jest być braną naprawdę... do samego końca.
Kiedy czubek mojego nabrzmiałego członka dotknął tego ciasnego, stawiającego opór miejsca, wydała z siebie długi, przeciągły jęk, który przeszedł w niemal zwierzęcy skowyt rozkoszy i strachu. Zacząłem napierać centymetr po centymetrze. Czułem, jak powoli ustępuje, jak jej ciało, choć zszokowane nowym doznaniem, zaczyna współpracować, otwierając się przed moją brutalną siłą.
Wbiłem się głębiej, a ona gwałtownie wyrzuciła głowę w tył, uderzając potylicą o moje ramię. Jej oczy wywróciły się, a z ust wydobył się tylko nieskładny bełkot. Było ciasno, niemal boleśnie dla nas obojga, ale ta presja tylko potęgowała żądzę. Zacząłem się poruszać – najpierw ostrożnie, badając teren, a potem coraz pewniej, coraz mocniej.
Uderzenia moich bioder o jej pośladki niosły się echem po pustym lokalu, mieszając się z brzękiem butelek na półkach za ladą. Każde pchnięcie sprawiało, że jej ciało przesuwało się po gładkim blacie, a szpilki bezradnie stukały o front mebla.
– Tak cię rżnąć? – wycharczałem, tracąc resztki panowania nad sobą. – Tego chciałaś?
– Taaaak! Mocniej! Rozrywaj mnie! – krzyczała, nie dbając już o to, czy ktoś na zewnątrz mógłby usłyszeć ten hałas.
Czułem, że finał jest blisko, że ta eksplozja, która budowała się we mnie od momentu, gdy tylko przekroczyła próg sklepu, zaraz nastąpi. Moje dłonie zacisnęły się na jej talii, zostawiając czerwone ślady, a ruchy stały się chaotyczne i bezlitosne.

Nie było już odwrotu. Każde moje pchnięcie w jej ciasne, rozpalone wnętrze sprawiało, że lada pod nami drżała, a szklane butelki na półkach dzwoniły w rytm naszej bezlitosnej szamotaniny. Jej krzyki, wcześniej stłumione, teraz stały się głośne i niepohamowane, odbijając się od ścian pustego sklepu.
– Zaraz... – wycharczałem, czując, jak krew pulsuje mi w skroniach, a całe ciało napina się do granic wytrzymałości. – Zaraz pęknę, słyszysz?!

 
W odpowiedzi poczułem, jak jej mięśnie zaciskają się wokół mnie w nagłym, potężnym skurczu. Wygięła się w łuk, wbijając paznokcie głęboko w moje przedramiona, a jej głowa odchyliła się tak mocno, że widziałem tylko jej napiętą szyję i rozchylone usta, z których wydobywał się bezgłośny skowyt rozkoszy.
– Teraz! – wykrztusiła, a jej ciało zaczęło drżeć w konwulsjach nadchodzącego szczytu.
To był sygnał, którego potrzebowałem. Przestałem się kontrolować. Ostatnie kilka uderzeń było szybkich, brutalnych i głębokich, aż do samego końca. Czułem, jak fala gorąca wzbiera w moich lędźwiach i nagle wybucha, zalewając ją w środku potężnymi, pulsującymi falami. Jednocześnie ona osunęła się bezwładnie na blat, a jej nogi w szpilkach zadrżały ostatni raz, zanim ostatecznie znieruchomiały.
Trwaliśmy tak przez długą chwilę w absolutnej ciszy, przerywanej tylko naszymi ciężkimi, urywanymi oddechami. Powietrze w sklepie było ciężkie od zapachu seksu i potu. Powoli wyszedłem z niej, czując nagły chłód w miejscu, gdzie przed momentem panował żar. Ona powoli uniosła się na łokciach, poprawiając potargane włosy, a na jej twarzy błąkał się ledwo widoczny, tryumfalny uśmiech.
– Niedzielne popołudnia bywają jednak całkiem ciekawe – mruknęła, spoglądając na mnie przez ramię zamglonym jeszcze wzrokiem.
Zacząłem doprowadzać się do porządku, słysząc, jak gdzieś w oddali bije zegar, zwiastując zbliżającą się dziewiętnastą i wieczorny ruch. Ale to, co wydarzyło się na tej ladzie, miało zostać między nami i tymi niemymi ścianami.

Milczenie, które zapadło w sklepie, nie było krępujące – było nasycone ciężkim zapachem potu, perfum i triumfu. Powoli wyprostowałem plecy, czując, jak adrenalina powoli opuszcza moje ciało, zostawiając po sobie przyjemne odrętwienie. Ona wciąż leżała na ladzie, z policzkiem przytulonym do chłodnego blatu, jakby próbowała uspokoić rozpaloną skórę.
W końcu poruszyła się. Z niezwykłą gracją, jak na kogoś, kto przed chwilą przeżył taką nawałnicę, zsunęła nogi na podłogę. Stukot szpilek o kafelki brzmiał teraz inaczej – bardziej pewnie, niemal władczo. Jednym sprawnym ruchem wygładziła jadowicie zieloną spódniczkę, która wróciła na swoje miejsce, skrywając to, co przed chwilą było centrum mojego świata. Poprawiła ramiączko czarnej bluzki i spojrzała w małe lusterko przy kasie.
– Masz rozmazaną szminkę – rzuciłem zachrypniętym głosem, wycierając dłonią usta.
Uśmiechnęła się do swojego odbicia, a potem do mnie. To nie był uśmiech klientki, ale wspólniczki w zbrodni.
– To najmniejszy problem, kotku – odparła, przeczesując palcami potargane włosy.
Podeszła do drzwi, czekając, aż je otworzę. Gdy przekręciłem klucz i słońce wdarło się do środka, mrużąc oczy, odwróciła się ostatni raz. Nie było zbędnych czułości, obietnic telefonu czy pytań o imię. Ta chwila była kompletna sama w sobie.
– Niedzielny bezruch ma swoje zalety – rzuciła przez ramię, wychodząc na chodnik.
Patrzyłem, jak jej sylwetka oddala się miarowym krokiem, aż zniknęła za rogiem. Zostałem sam w cichym sklepie, z zapachem jej perfum unoszącym się nad ladą i świadomością, że za kwadrans zaczną schodzić się pierwsi klienci po wieczorne zakupy. Nikt z nich nie będzie miał pojęcia, co działo się tutaj dziesięć minut wcześniej.
Uśmiechnąłem się pod nosem, poprawiłem fartuch i zacząłem wycierać blat. To była zdecydowanie najlepsza niedziela w mojej karierze sprzedawcy.
































































Komentarze