Gladka sasiadka

 Gładka sąsiadka

Gładka sąsiadka rzuciła na mnie urok.
Wprowadziła się do mojego bloku miesiąc temu, wnosząc ze sobą aurę, która zdawała się zagęszczać powietrze na klatce schodowej. Była zjawiskowo, niemal nierealnie piękna. Czasem myślałem, że rzuciła na mnie urok – o ile takie rzeczy są w ogóle możliwe – bo od pierwszej chwili nie mogłem przestać o niej śnić na jawie. Wyglądała jak młoda czarownica: burza czarnych, lśniących włosów i to ciemne, przeszywające spojrzenie, które zdawało się widzieć rzeczy ukryte przed zwykłymi śmiertelnikami.
Zawsze prowadzała na smyczy pręgowanego kocura o miedzianych ślepiach i nie poświęcała ani sekundy uwagi otoczeniu. Przez tydzień, ukryty za firanką, śledziłem jej codzienne rytuały. Zbierałem w sobie resztki odwagi, by podejść, by przełamać tę niewidzialną barierę, którą wokół siebie roztaczała. Na sam widok jej sylwetki czułem bolesny skurcz żołądka i nerwowe łomotanie serca, jak u nastolatka przed pierwszą randką.

 
Przedwczoraj los postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zderzyliśmy się na schodach dokładnie o siódmej rano. Byłem w opłakanym stanie – biegłem po gazetę w wyciągniętym dresie i rozpadających się klapkach, z twarzą jeszcze pogniecioną snem. Ona wracała z porannej przechadzki, świeża i posągowa.
– Najmocniej przepraszam – wymamrotałem, czując, jak krew uderza mi do policzków.
Kocur zasyczał złowrogo i wygiął grzbiet w pałąk, ale nieznajoma uspokoiła go jednym, czułym ruchem dłoni po szerokim łbie. Z bliska była jeszcze bardziej obezwładniająca. Patrzyłem na nią jak na objawienie, a w mojej głowie zapanowała absolutna, kompromitująca pustka.
Podniosła na mnie swoje ciemne oczy i uśmiechnęła się z rezerwą. Jej pełne usta rozchyliły się na moment, odsłaniając nieskazitelną biel zębów. Wtedy to poczułem – słodki, gęsty zapach jaśminu i kadzidła, który dosłownie odebrał mi oddech.
– Nie ma za co. Anita – przedstawiła się, wyciągając drobną dłoń.
– Maciek... – uścisnąłem ją niezdarnie, modląc się, by moja ręka nie była zbyt zimna. – Jesteśmy sąsiadami. Właśnie lecę do kiosku, potrzebujesz czegoś?
Przyglądała się mojej twarzy z wyrazem lekkiego niezdecydowania, jakby oceniała, czy można mi powierzyć choćby najmniejszą misję. Potem jej wzrok zjechał niżej, omiatając moją nieszczególną postać, i w końcu powoli pokiwała głową.
– „Wyborczą” i miętową gumę w drażetkach – poprosiła naturalnie, jakbyśmy od lat wymieniali się takimi uprzejmościami. – Mieszkanie numer szesnaście.
– Wiem. To znaczy... domyśliłem się. Będę za chwilę! – obiecałem gorliwie i zbiegłem na dół, przeskakując po dwa stopnie i o mało nie gubiąc klapek.
Być może w jej oczach wyszedłem na mało rozgarniętego mięśniaka w dresie, ale w tamtej chwili nie miało to znaczenia. Najważniejsze było to, że lody pękły. Że od teraz będę mógł legalnie pozdrawiać ją na korytarzu i wciągać w banalne, sąsiedzkie pogawędki, które dla mnie były szczytem marzeń. Trasę do kiosku i z powrotem pokonałem w tempie rekordowym, niemal spalając płuca. Chciałem ją znów zobaczyć, usłyszeć jej niski głos i poczuć ten hipnotyzujący zapach. Kiedy w końcu stanąłem pod jej drzwiami i uniosłem dłoń, by zapukać, nie potrafiłem opanować drżenia rąk. Czułem, że za tymi drzwiami zaczyna się coś, co wywróci mój poukładany świat do góry nogami.

 

– Otwarte! – dobiegł mnie jej dźwięczny, niemal wyzywający głos, zanim jeszcze zdążyłem pomyśleć o naciśnięciu klamki.
Pchnąłem drzwi, trzymając w spoconej dłoni gazetę i paczkę gum, ale to, co zastałem w środku, sprawiło, że niemal upuściłem zakupy na wycieraczkę. Anita stała w progu łazienki, całkowicie naga, skąpana w miękkim świetle poranka. Nie było w niej ani krzty wstydu, ani cienia zawahania. Patrzyła na mnie z tą samą wyniosłą rezerwą, którą widziałem na schodach, ale teraz jej oczy płonęły czymś znacznie mroczniejszym. Była doskonała – jej skóra, gładka i chłodna jak marmur, zdawała się emanować własnym blaskiem.
– No chodź – powiedziała, a jej głos był niski, wibrujący. Wyciągnęła do mnie ręce w geście, który był jednocześnie rozkazem i zaproszeniem. – Miejmy to wreszcie za sobą.
Przebyłem dzielące nas metry jak we śnie, jak zaczarowany marionetka prowadzona niewidzialną nicią. Przez ułamek sekundy przemknęła mi przez głowę myśl, że może umarłem na tych schodach z nadmiaru emocji i właśnie trafiłem do nieba, które wygląda dokładnie tak, jak jej przedpokój. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Anita oplotła ramionami moją szyję, przyciągając mnie do siebie z siłą, której bym się po niej nie spodziewał. Poczułem jej usta – najpierw na brodzie, potem na wargach. Nasze języki splątały się w namiętnym, drapieżnym pocałunku, który smakował pożądaniem i niecierpliwością.
Jej dłonie nie próżnowały. Jedna z nich, pewnym ruchem, wsunęła się za gumkę moich dresowych spodni. Palce odnalazły twardniejącego penisa i zaczęły go pieścić z taką czułością i znawstwem, że zakręciło mi się w głowie. Odpowiedziałem na ten atak z taką samą pasją. Moje usta odnalazły jej piersi – były małe, niemal dziewczęce, ale ich twarde sutki smakowały wybornie pod moim językiem.
Zsunąłem dłoń niżej, wzdłuż jej jedwabistego brzucha, aż do gorącego wzgórka łonowego. Kiedy moje palce zagłębiły się w mokrych, pulsujących fałdach jej kobiecości, poczułem, jak cała drży. Opadłem na kolana, tracąc resztki zdrowego rozsądku, i zacząłem całować jej ciało z szaleńczą pasją. Biodra Anity zafalowały zmysłowo w rytm moich pchnięć językiem, a jej dłonie wbiły się w moje włosy, targając nimi w odruchu przyzwalającej uległości.
Kiedy w końcu wstałem, oszołomiony i spragniony więcej, to ona przejęła inicjatywę. Klęknęła przede mną z drapieżnym błyskiem w oku i niecierpliwie ściągnęła mi spodnie. Członek wskoczył do jej ust niemal natychmiast. Anita ssała go i delikatnie podgryzała, balansując na cienkiej granicy między rozkoszą a bólem. Czułem, że za chwilę stracę panowanie nad sobą, że to tempo mnie spali, więc ostrożnie cofnąłem biodra.
Anita podniosła się, uśmiechając się triumfalnie. Bez słowa odwróciła się do mnie plecami, oparła dłonie o chłodną ścianę korytarza i mocno wypięła zgrabne pośladki. Nie kazała mi czekać. Wszedłem w nią jak w masło, bez najmniejszego oporu, czując, jak wilgoć jej ciała ułatwia każdy ruch. Rosłem w niej z każdą sekundą, dopóki sprężyste ścianki pochwy nie zacisnęły się ciasno na moim członku, więżąc go w gorącym uścisku. Gdy zacząłem się rytmicznie poruszać, Anita wydała z siebie krótki, gardłowy krzyk rozkoszy i jeszcze szerzej rozsunęła uda, zapraszając mnie do samego jądra swojego świata.

 
Początkowy stan skrajnego, niemal bolesnego podniecenia zmienił się po chwili w głęboką, jednostajną przyjemność, nad którą miałem pełną kontrolę. Mogłem penetrować jej ciało pod różnymi kątami, badać każde zagłębienie i reagować na najmniejsze drżenie jej mięśni. Wiedziałem, że jestem w tym dobry; potrafiłem zapanować nad własnym szczytem, by najpierw doprowadzić ją do kresu wytrzymałości.
W końcu odwróciłem ją, byśmy mogli kochać się twarzą w twarz. Chwyciłem jej pośladki, tworząc z dłoni bezpieczną kołyskę, i uniosłem ją lekko. Wchodziłem w nią głęboko i mocno, przygważdżając ją do ściany szybkimi, zdecydowanymi pchnięciami. Widziałem w jej ciemnych oczach odbicie własnego szaleństwa i wiedziałem, że ta sąsiedzka przysługa właśnie zmieniła nasze życia na zawsze.



Wszystko wokół przestało istnieć – liczył się tylko ten rytm, wilgotny dźwięk naszych ciał uderzających o siebie i jej gorący oddech na mojej szyi. Czułem, jak napięcie w dole mojego brzucha przeobraża się w palącą falę, której nie dało się już zatrzymać. Anita również była blisko; jej oddech stał się rwany, krótki, a palce wbijały się w moje ramiona, zostawiając na skórze białe ślady.
W pewnym momencie jej ciało zesztywniało, a oczy rozszerzyły się, gdy przeszył ją dreszcz pierwszej fali orgazmu. Zacisnęła nogi wokół moich bioder, przyciągając mnie tak blisko, jakby chciała wchłonąć mnie w całości. Ten skurcz był iskrą, która podpaliła i mnie. Pchnąłem ostatni raz, najgłębiej jak potrafiłem, wyrzucając z siebie cały nagromadzony lęk i pożądanie. Świat na kilka sekund zgasł, wirując w białym oślepieniu.
Trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę, ciężko dysząc, połączeni wciąż tym samym, powoli wygasającym dreszczem. Ciszę w przedpokoju mącił jedynie pomruk kocura, który z wyższością obserwował nas z kanapy w salonie. Anita powoli rozluźniła uścisk, a na jej twarzy, dotąd tak chłodnej i niedostępnej, pojawił się cień szczerego, niemal łagodnego uśmiechu.

Dyszeliśmy sobie prosto w otwarte usta, dzieląc ten sam tlen, podczas gdy nasze spojrzenia mieszały się z nieprzytomną, zwierzęcą namiętnością. Czułem na podbrzuszu każdy najmniejszy ruch jej rozpalonego ciała – dotyk rozwartych warg sromowych, twardy, pulsujący czubek łechtaczki i wszechobecną wilgoć, która zdawała się smarować każdy mój ruch. Trzymałem jej pupę wysoko, mocno, i niestrudzenie atakowałem ten ciasny, intymny tunel. Parłem naprzód, aż poczułem, jak jej wnętrze zaczyna zaciskać się wokół mnie w ekstatycznych, rytmicznych spazmach. Anita dygotała na moich rękach, gdy w końcu strzeliłem w nią gorącą spermą, a kiedy jej ciało wchłonęło ją całkowicie, aż do ostatniej kropli, nagle zwiotczała i przestała się ruszać.
Staliśmy tak w milczącym uścisku przez kilka długich chwil, pozwalając, by tętno powoli wracało do normy. Mój skurczony interes w końcu wyślizgnął się z jej wnętrza z cichym mlaśnięciem. Anita pogłaskała go czule, niemal z wdzięcznością, i podniosła na mnie swoje ciemne, roziskrzone oczy, w których wciąż tliły się resztki pożądania.

 
– A teraz już idź – oznajmiła niespodziewanie chłodnym tonem i bez słowa wyjaśnienia zniknęła za drzwiami łazienki.
Oszołomiony, podciągnąłem spodnie i chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę wyjścia. Czułem się jak nowo narodzony, a jednocześnie kompletnie zbity z pantałyku.
– Anita, spotkamy się jeszcze?! – krzyknąłem w stronę zamkniętych drzwi, próbując przebić się przez szum puszczonej pod prysznicem wody.
– Może... – dobiegło mnie krótkie, niepewne zapewnienie.
Wczoraj wieczorem, nie mogąc znieść ciszy, kupiłem butelkę wina, bukiet kwiatów i z drżeniem w sercu stanąłem pod szesnastką. Pragnąłem znów stać się częścią jej świata, poczuć na członku obezwładniające gorąco jej ciała i patrzeć, jak ta dumna czarownica rozpada się na kawałki w kulminacyjnym momencie rozkoszy.
Zapukałem z pewnym wahaniem, poprawiając bukiet i starając się uspokoić oddech. Zamiast Anity, w progu pojawiła się jednak niska, siwowłosa starsza pani, na oko grubo po sześćdziesiątce, ubrana w domowy fartuch.
– Dobry wieczór – wykrztusiłem, niemal dygając z zaskoczenia. Kwiaty w mojej dłoni nagle wydały mi się śmieszne i nie na miejscu. – Czy zastałem Anitę?
– Bardzo mi przykro, ale wnuczka wyjechała dziś rano – odpowiedziała kobieta, a w jej głosie pobrzmiewał autentyczny żal.
– Jak to? Na długo? – dopytywałem, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg. – Przecież... dopiero co rozmawialiśmy.
– Przyjechała tylko na wakacje, żeby zająć się mieszkaniem i kotem, bo ja byłam w sanatorium. Nie mówiła panu, że na stałe mieszka w Anglii?
Pokiwałem przecząco głową, czując w ustach gorycz. Starsza pani zmrużyła oczy i zmierzyła mnie wzrokiem pełnym wrogiej nieufności. Milczenie przeciągało się, stając się nie do zniesienia.
– Jestem sąsiadem – wyjaśniłem w końcu drewnianym głosem. – Przyjaźniliśmy się.
– Aha – mruknęła bez przekonania, po czym dodała z dziwnym błyskiem w oku: – Przyjedzie pewnie dopiero na święta, z całą rodziną.
– Rodziną? – powtórzyłem bezmyślnie.
– Tak. Z mężem i córeczką. To bardzo porządny człowiek, ten jej mąż. Inżynier.
Jej spojrzenie nagle stwardniało. Coś zaczęła podejrzewać – może mój wyraz twarzy zdradził zbyt wiele, a może zapach jej wnuczki wciąż jeszcze unosił się na moim dresie. Cofnęła się o krok, zapraszając mnie gestem, który nie był gościnny, lecz władczy.
– Niech pan wejdzie – syknęła. – Musimy porozmawiać o tej waszej „przyjaźni”.
Znalazłem się w pułapce. Kobieta zamknęła drzwi na klucz i usiadła przy kuchennym stole, żądając, bym opowiedział jej o każdym szczególe mojego spotkania z Anitą. Każde pchnięcie, każdy szept, każdy spazm – chciała wiedzieć wszystko, delektując się moją kompromitacją. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest zwykła ciekawość. To był precyzyjny szantaż. Starsza pani, ze spokojem godnym profesjonalnego gracza, dała mi do zrozumienia, że od tego, jak bardzo ją „zadowolę” szczerością mojej relacji, zależy mój los. Albo oceni, czy byłem wystarczająco dobrym kochankiem, by „wybaczyć” mi ten incydent, albo zadzwoni do Londynu i opowie o wszystkim mężowi Anity. Stałem tam, ściskając więdnące kwiaty, świadomy, że właśnie stałem się pionkiem w grze, której zasad kompletnie nie rozumiałem. Po raz drugi poczułem , że ktoś ponownie rzucił na mnie urok.
Koniec części 1. 




 




















































Komentarze