Cycomania
Mój
bzik ma konkretny kształt, a raczej nieskończoną liczbę kształtów.
Niektórzy zbierają znaczki, inni śledzą wyniki trzeciej ligi hokeja, ja
natomiast kolekcjonuję wrażenia dotykowe. Małe, duże, sterczące dumnie
ku słońcu czy te smutno zwisające, z sutkami wielkimi jak talary lub
ledwo widocznymi punkcikami – żadne nie zaznają przy mnie spokoju.
Większość
facetów to amatorzy, którzy pędzą do celu najkrótszą drogą, traktując
wszystko powyżej pasa jak zbędny przystanek w drodze do pochwy. Ja
jestem inny. Ja o pochwie potrafię zapomnieć na długie godziny,
celebrując każdy centymetr skóry na piersiach. Kobiety to czują. Wiedzą,
że dla mnie ich biust nie jest tylko dodatkiem, ale najważniejszym
instrumentem w orkiestrze, na którym potrafię grać z wirtuozerią godną
filharmonii. One same na te swoje skarby chuchają i dmuchają, więc kiedy
trafiają na kogoś, kto podziela tę niemal religijną cześć, miękną.
Pani
Edyta z czwartego piętra była moim największym wyzwaniem. Dosłownie i w
przenośni. Jej biust był legendą naszego bloku – monstrum ukryte pod
luźnymi swetrami, które i tak nie potrafiły zdusić tej obfitości.
Podchodziłem ją pół roku. Pół roku metodycznego, cierpliwego osaczania,
które postronny obserwator wziąłby za zwykłe sąsiedzkie uprzejmości.
Zaczęło
się od wnoszenia siatek z zakupami. Edyta zawsze sapała na półpiętrze, a
ja wyrastałem jak spod ziemi, oferując pomocną dłoń. Podczas tych
krótkich marszów na górę moje oczy, ukryte za szkłami okularów,
dokonywały precyzyjnych pomiarów. Obserwowałem, jak jej klatka piersiowa
faluje przy każdym oddechu, jak materiał bluzki napręża się
niebezpiecznie na szczytach tych dwóch wulkanów.
Potem
były rozmowy o niczym. O cieknącym kranie, o wysokim czynszu, o jej
samotności, którą maskowała głośnym śmiechem. Słuchałem jej tak, jak
nikt wcześniej. Komplementowałem ją subtelnie, ale zawsze kierowałem
uwagę na to, co dla mnie najważniejsze. Nie mówiłem „ładna sukienka”,
mówiłem: „ten fason niezwykle podkreśla pani kobiecą sylwetkę, rzadko
spotyka się taką klasyczną linię biustu”. Czerwieniła się, poprawiała
dekolt, a ja wiedziałem, że mur powoli pęka.
Lipcowy
żar wlewał się przez otwarte okna, sprawiając, że powietrze w
mieszkaniu pani Edyty stało się gęste i lepkie. Właśnie odstawiłem
ciężkie siatki w kuchni, a krople potu spływały mi po skroniach. Stała
naprzeciwko mnie, wachlując się dłonią, wyraźnie zmęczona dusznym
popołudniem.
– Jak tu wytrzymać? – westchnęła, poprawiając ramiączko podkoszulka. – W domu jest gorzej niż na dworze.
Wtedy, zupełnie niespodziewanie, nawet dla samego siebie, wypaliłem:
– Najlepiej nago. Niech się pani rozbierze.
– Najlepiej nago. Niech się pani rozbierze.
Zamarłem.
Przez sekundę bałem się, że wyrzuci mnie za drzwi, ale cisza, która
zapadła, nie była wroga. Była elektryzująca. Pani Edyta spojrzała mi
prosto w oczy, a na jej twarzy błąkał się ledwo zauważalny uśmiech.
–
Panie sąsiedzie, pan tak zawsze patrzy... – szepnęła, a w jej głosie
nie było cienia złości. Była tam obietnica, na którą czekałem pół roku.
Powolnym,
niemal ceremonialnym ruchem chwyciła dół koszulki i przeciągnęła ją
przez głowę. Potem spódnica opadła na parkiet. Gdy rozpięła biustonosz,
serce podeszło mi do gardła. Ukazał mi się cały majestat jej bogactwa.
To nie były piersi – to były dwa potężne lądy, ciężkie, gęste i
obezwładniające swoją obfitością. Skóra lśniła od wilgoci, a wielkie
brodawki zdawały się zapraszać do dotyku.
Na
koniec, jakby chcąc dopełnić mojej prośby, zsunęła majtki. Stała przede
mną całkowicie naga. Nad jej potężnymi piersiami, które dominowały w
całym pomieszczeniu, wyraźnie rysował się gęsty, krzaczasty trójkąt
ciemnych włosów między nogami. Była to wizja pierwotnej kobiecości,
monstrum piękna, które nareszcie miałem na wyciągnięcie ręki. Upał
przestał mieć znaczenie – liczyło się tylko to, co zaraz miało się
wydarzyć.
Przez
chwilę w pokoju panowała absolutna cisza, przerywana jedynie ciężkim
oddechem nas obojga. Moje gardło kompletnie wyschło. To, co widziałem w
wyobraźni przez te wszystkie miesiące mijania się na klatce, było tylko
bladym cieniem rzeczywistości. Stała tam, oświetlona przygaszonym
słońcem wpadającym przez żaluzje, a ja czułem się jak odkrywca, który po
latach tułaczki dotarł do mitycznego lądu.
Moje
spojrzenie, dotąd badawcze i ukradkowe, teraz stało się drapieżne. Nie
potrafiłem oderwać wzroku od jej piersi – ich ciężar był wręcz
hipnotyzujący. Każdy ich ruch, gdy brała głębszy oddech, wydawał mi się
najważniejszym wydarzeniem na świecie. Czułem, jak krew pulsuje mi w
skroniach, a dłonie mimowolnie drżą, rwąc się do tego, by w końcu
sprawdzić, czy ta obfitość jest tak gęsta i miękka, jak mi się śniło.
Nie
było w tym cienia wstydu. Widziałem, że moja reakcja – to moje
oniemienie i niemal nabożny zachwyt – karmi jej pewność siebie. Edyta
nie zasłaniała się, nie kuliła. Przeciwnie, wypięła pierś, pozwalając,
by grawitacja nadała im ten ich naturalny, potężny kształt. Patrzyłem na
gęsty, ciemny trójkąt jej włosów, który stanowił surowy fundament dla
tego festiwalu ciała, i wiedziałem jedno: żadne inne piersi na świecie
nie będą już dla mnie miały znaczenia. W tej sekundzie przestałem być
tylko sąsiadem od zakupów – stałem się niewolnikiem jej monstrum.
Południowy
upał wciąż wdzierał się do pokoju, ale teraz był tylko tłem dla gorąca,
które biło od ciała pani Edyty. Stałem przed nią oszołomiony, czując,
jak serce wali mi o żebra.
– Ale to jest coś... coś niezwykłego, muszę ochłonąć... – wykrztusiłem, nie mogąc oderwać wzroku od jej nagości.
Kiedy
pierwsze oszołomienie minęło, instynkt wziął górę. Wyciągnąłem dłonie i
uniosłem jej piersi od spodu. Było co dźwigać – ich ciężar był
autentyczny, obezwładniający. Wsunąłem nos głęboko w rowek między nimi, a
owiało mnie niezwykłe ciepło i odurzająca woń rozgrzanej skóry. Ten
zapach wystarczył, bym poczuł gwałtowny napływ krwi.
– Jaki ładny... – usłyszałem jej szept, a chwilę później poczułem, jak jej drżące palce zaciskają się na moim członku.
Od
wąchania przeszedłem do zachłannego lizania. Najpierw zająłem się
głębokim rowkiem, a potem moją uwagę skradły sutki. Były ogromne, lecz
początkowo miękkie, zwieńczone brodawkami przypominającymi dojrzałe,
przerośnięte wiśnie. Postawiłem sobie za punkt honoru, by tchnąć w nie
życie. Pani Edyta coraz śmielej masturbowała mnie swoimi dłońmi, choć
jej ruchy były nieco chaotyczne, jakby sama była oszołomiona sytuacją.
W
rewanżu zacząłem pobudzać jej wypukłą, gęsto porośniętą okolicę
intymną, ale moje serce i usta wciąż należały do jej biustu. Czułem pod
językiem, jak sutki powoli twardnieją i pęcznieją. Ich rozmiar był tak
imponujący, że nie byłem w stanie wziąć ich do ust w całości. Edyta
wzdychała coraz głośniej, wyginając ciało w łuk, gdy stosowałem wszelkie
znane mi sztuczki, by doprowadzić ją do szaleństwa.
– Niechże pan wreszcie to zrobi... – poprosiła urywanym głosem.
Wtedy,
schodząc niżej, odkryłem coś, czego nie spodziewałem się nawet w
najśmielszych snach. Jej wargi sromowe były niezwykle długie – w
pierwszej chwili, w półmroku, wziąłem je za podpaskę. Kiedy jednak
zacząłem urabiać je w palcach, biodra Edyty dosłownie dostały szału. To
anatomiczne dopełnienie jej obfitości było niesamowicie podniecające.
– Błagam, nie wytrzymam dłużej...! – krzyknęła, niemal ściągając mnie na łóżko.
Upadliśmy
na pościel, a jej potężne uda natychmiast zacisnęły się wokół moich
bioder. Gdy w końcu w nią wszedłem, pokój wypełniło długie westchnienie
ulgi przemieszane z radosnym krzykiem. Rozpoczęło się rytmiczne
odmierzanie drogi do wspólnego orgazmu, podczas gdy ja, nawet w tej
finalnej fazie, wciąż kurczowo trzymałem się jej piersi, nie pozwalając
im na ani chwilę spokoju.
To
popołudnie w dusznej sypialni pani Edyty zdawało się nie mieć końca, a
gęste powietrze tylko potęgowało doznania. Nigdy wcześniej nie leżałem
na takich miękkościach. Moja fascynacja jej biustem graniczyła z obłędem
– ssałem te potężne piersi, lizałem ich gładką skórę i delikatnie
gryzłem stwardniałe sutki, nie mogąc się opanować. Cierpiała na tym
nieco klasyczna przyjemność pochwowa mojej sąsiadki, która widząc moje
całkowite oddanie jej „instrumentom”, przejęła inicjatywę. Zaczęła
nadziewać się na mnie szybkimi, rytmicznymi ruchami bioder, szukając
własnego spełnienia.
Kiedy
zauważyłem u niej pierwsze oznaki nadchodzącej burzy finałowej,
odebrałem jej stery. Szaleńczymi pchnięciami, nie wypuszczając ani na
chwilę jej piersi z dłoni, przybliżyłem ją do celu. Wkrótce pokój
wypełnił niezwykły koncert jęków, będący czystym świadectwem jej
rozkoszy. Gdy tylko pierwsza fala orgazmu opadła, natychmiast powróciłem
do intensywnego pobudzania jej biustu. Na skutek szczytowania i moich
nieustannych pieszczot, jej sztywne sutki nabrały niemal szklistej,
napiętej struktury. Każde, nawet najlżejsze dotknięcie, wywoływało u
Edyty kolejną serię dreszczy. Byłem pewien, że uda mi się doprowadzić ją
do ponownego wybuchu samymi dłońmi i ustami. I rzeczywiście – niebawem
jej ciałem ponownie targnęły spazmy, a ona wiła się pode mną,
oszołomiona intensywnością doznań.
– Jak było? – zapytałem szeptem, gdy po chwili oddech jej się wyrównał, a na jej piersiach wciąż malował się rumieniec rozkoszy.
– Jeszcze nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam – wykrztusiła, patrząc na mnie z wdzięcznością i niedowierzaniem.
– Jeszcze nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam – wykrztusiła, patrząc na mnie z wdzięcznością i niedowierzaniem.
Nadszedł
czas, bym pomyślał o sobie. Celowo wstrzymywałem się z własnym
wytryskiem, bo w głowie miałem plan, który mógł zrealizować się tylko
tutaj, z tą konkretną kobietą.
– Pozwoli mi pani zrobić coś, co nie z każdą kobietą jest możliwe? – zapytałem. Nie czekając na odpowiedź, która i tak czaiła się w jej rozchylonych ustach, przystąpiłem do działania.
– Pozwoli mi pani zrobić coś, co nie z każdą kobietą jest możliwe? – zapytałem. Nie czekając na odpowiedź, która i tak czaiła się w jej rozchylonych ustach, przystąpiłem do działania.
Chodziło
mi o tak zwany seks hiszpański – sztukę, która wymaga prawdziwie
monumentalnego biustu. Usiadłem na niej okrakiem, umieszczając swój
nabrzmiały członek bezpośrednio między jej piersi. Ścisnąłem te dwa
potężne lądy dłońmi, tworząc ciasny, gorący tunel. Cycki Edyty były tak
olbrzymie, że penis zniknął w nich w całości, dając złudzenie wchodzenia
w samą głąb jej ciała. Zacząłem się kołysać, czując aksamitną gładkość
jej skóry i bijący od niej żar. Po kilkudziesięciu ruchach czułem, że
jestem na samej krawędzi.
– Dokończę panu – zaoferowała się pani Edyta, widząc moją zaciętą minę i słysząc mój urywany oddech. – Proszę się położyć!
Zrobiłem
to, oddając się w jej ręce. A raczej w jej piersi. Zaczęła intensywnie
ocierać się biustem o moje rozpalone narzędzie, używając ciężaru swojego
monstrum, by doprowadzić mnie do ostateczności. Po chwili poczułem
gwałtowny skurcz i przyjąłem na siebie, a właściwie na jej lśniącą
skórę, pacnięcia pienistej spermy. Jak zza mgły obserwowałem jej
nieskrywane podniecenie, gdy z niemal nabożną czcią wcierała moje
nasienie w swoje wielkie sutki, celebrując ten moment jedności.
– To było niesamowite – powiedziała na koniec, opadając na poduszki.
Z panią Edytą, a raczej z jej biustem, połączyła mnie więź, której żadne z nas nie zamierzało tak szybko zrywać.
Z panią Edytą, a raczej z jej biustem, połączyła mnie więź, której żadne z nas nie zamierzało tak szybko zrywać.
To
był ten moment, w którym czas w dusznym pokoju pani Edyty nagle
zwolnił. Kiedy ostatnie skurcze rozkoszy wygasły, a oddech stał się
jedynie głośnym świstem w ciszy mieszkania, nastąpiło to specyficzne
„po”. Powietrze wciąż pachniało seksem, potem i waniliowym aromatem jej
balsamów, ale ciężar pożądania zastąpił ciężar... świadomości.
Leżeliśmy
obok siebie, a ja wciąż nie potrafiłem cofnąć dłoni z jej piersi.
Spoczywała tam, ciężka i gorąca, jak trofeum, które w końcu zdobyłem.
Pani Edyta wpatrywała się w sufit, a jej klatka piersiowa unosiła się
miarowo, powoli uspokajając swój szaleńczy rytm. Widziałem, jak na jej
szyi powoli znika rumieniec, a wzrok odzyskuje ostrość.
W
końcu odwróciła głowę w moją stronę. To było to spojrzenie, którego
obawia się każdy „zdobywca” – moment, w którym maski opadają. Nie było w
nim jednak wstydu ani żalu. Było coś w rodzaju porozumiewawczego
błysku.
–
I co teraz, panie sąsiedzie? – zapytała szeptem, a kącik jej ust uniósł
się w ledwo dostrzegalnym uśmiechu. – Dalej będzie mi pan pomagał z
zakupami?
To
pytanie przecięło gęstą atmosferę jak nóż. Poczułem, że ta relacja
właśnie przestała być tylko moją prywatną obsesją, a stała się wspólnym
sekretem. Patrzyłem na jej biust – to moje ukochane „monstrum” – który
teraz, w spoczynku, wydawał się jeszcze potężniejszy i bardziej
autentyczny.
–
Teraz – zacząłem, przesuwając kciukiem po jej sutku, który wciąż był
twardy i lśniący – będę te zakupy wnosił znacznie wolniej. I chyba
będziemy musieli częściej pożyczać od siebie sól.
Zaśmiała
się cicho, a ten dźwięk ostatecznie rozładował napięcie. Wiedziałem, że
od jutra klatka schodowa w naszym bloku stanie się dla nas sceną
dyskretnej gry, a każdy mój wzrok rzucony w stronę jej dekoltu będzie
miał teraz zupełnie inny ciężar. Pół roku podchodzenia zmieniło się w
obietnicę wielu takich dusznych popołudni.
Następnego
dnia rano klatka schodowa w bloku wydawała się dziwnie inna, choć wciąż
pachniała tym samym środkiem do czyszczenia podłóg. Wyszedłem z
mieszkania dokładnie o tej porze, o której pani Edyta zazwyczaj
schodziła po świeże pieczywo. Serce biło mi nieco szybciej, gdy
usłyszałem szczęk zamka dwa piętra wyżej.
Spotkaliśmy się na półpiętrze.
Pani
Edyta miała na sobie ten sam luźny, błękitny sweter, który tak dobrze
znałem. Pod nim jednak kryła się tajemnica, którą jeszcze kilkanaście
godzin temu trzymałem w dłoniach. Gdy nasze spojrzenia się spotkały,
poczułem nagłe uderzenie gorąca. Przez ułamek sekundy panowała cisza, w
której wybrzmiewało echo każdego jej wczorajszego jęku.
–
Dzień dobry, panie sąsiedzie – powiedziała pierwsza. Jej głos był
spokojny, niemal urzędowy, ale w kącikach oczu czaił się ten sam błysk,
który widziałem na łóżku.
– Dzień dobry, pani Edyto – odpowiedziałem, starając się zachować fason. – Widzę, że upał trochę zelżał.
Zatrzymała
się na stopniu tuż nade mną. To sprawiło, że jej biust, to wspaniałe
monstrum, znalazło się niemal na wysokości moich oczu. Choć sweter był
obszerny, teraz, znając każdy centymetr skóry pod nim, widziałem
wyraźnie, jak materiał układa się na jej potężnych kształtach.
Wiedziałem, gdzie dokładnie kończy się krzywizna jej piersi i gdzie
zaczynają się te niezwykłe, długie wargi, o których nie mogłem przestać
myśleć.
–
Zelżał, ale w domu wciąż duszno – odparła, a jej dłoń jakby od
niechcenia powędrowała do dekoltu, poprawiając materiał. – Chyba będę
musiała zajrzeć do pana po południu. Coś mi się zdaje, że znów zabrakło
mi soli.
Uśmiechnąłem
się szeroko. Gra trwała dalej, ale zasady zmieniły się bezpowrotnie.
Pół roku podchodzenia do celu właśnie zamieniło się w stały karnet
wstępu do jej królestwa.
– Sól zawsze się znajdzie, pani Edyto. Dla pani mam jej cały zapas – rzuciłem, przepuszczając ją przodem.
Patrzyłem,
jak schodzi po schodach, a ciężar jej biustu nadawał każdemu krokowi
ten specyficzny, hipnotyzujący rytm. Wiedziałem, że dzisiejsze
popołudnie będzie jeszcze bardziej upalne niż wczorajsze.






















































Komentarze
Prześlij komentarz