ZAPROSZENIE pod swiateczne drzewko

 ZAPROSZENIE pod świąteczne drzewko 

Nad zatoką, niczym niewidzialna mgła, unosiła się melodia kolędy. Nie była to radosna, triumfalna pieśń, lecz cicha, niemal melancholijna nuta, która sączyła się przez uchylony skajlajt, spływała po stalowej burcie statku i osiadała na czarnym drewnie łodzi tubylców. Muzyka płynęła dalej, w stronę lądu, gdzie ciemna zieleń palm spotykała się z granatem oceanu, tworząc krajobraz tak odległy od mroźnych wigilii Północy, jak to tylko możliwe.
 
 

 
Biały mężczyzna stał na trapie, oparty o chłodną barierkę. Słuchał muzyki z przymkniętymi powiekami, ale jego uwaga skupiona była na dziewczynie, która kołysała się rytmicznie w swojej łodzi. Wyglądała jak element egzotycznego pejzażu, a jednak w tej chwili, w tym dziwnym zawieszeniu między lądem a morzem, oboje wydawali się wyjęci poza nawias czasu. Ich spojrzenia krzyżowały się raz po raz – on badał jej reakcje z chłodną ciekawością, ona patrzyła na niego z mieszanką wyczekiwania i pierwotnego spokoju. W końcu mężczyzna wykonał krótki, władczy gest dłonią, zapraszając ją na górę. Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się i ruszył przodem, a za plecami słyszał jedynie miękki, rytmiczny odgłos bosych stóp uderzających o deski pokładu.
 
Kabina była ciasna, przesycona zapachem starego drewna, tytoniu i słonej wilgoci. W jej centrum dominowała szeroka koja – zbyt obszerna dla samotnego mężczyzny podczas długich, monotonnych rejsów przez ocean, a jednocześnie sąsiadująca z wąską kanapką, która wydawała się kpiną z wygody, gdy statek stał na redzie. Dziewczyna, niemal bezszelestnie, przysiadła na brzegu koi. Jej wzrok natychmiast przyciągnęła świąteczna kartka oparta o mosiężną lampkę. Widniał na niej świerk ugięty pod ciężarem białego puchu, mały domeczek z oknami błyszczącymi złotem i zawieszona nad nim gwiazda betlejemska. Dla niej był to obraz z innego świata, niemal mityczna kraina lodu.
 
Mężczyzna stanął przed nią, przyglądając się jej w milczeniu. Była drobna, o tak delikatnej budowie, że wydawała się niemal nierealna. Jej okrągła twarz zachowała dziecięcą miękkość, a linia warg uformowana była w stały, uroczy dąs, który nadawał jej wygląd niewinnego aniołka. Mogłaby być figurką z choinki, zwiastunem dobrej nowiny. Jednak on nie sprowadził jej tutaj, by kontemplować jej czystość. W jego lędźwiach pulsowało napięcie – jego pożądanie, surowe i bezkompromisowe, było już w pełnej gotowości. Czuł, że w tej dusznej kabinie, z dala od cywilizacji, mógłby posiąść nawet najbardziej uduchowioną istotę.
 
Podszedł bliżej, czując na skórze żar tropikalnej nocy. Bez słowa ujął krawędź jej bluzki i zdjął ją przez głowę. Dziewczyna nie stawiała oporu; odchyliła się do tyłu, opierając plecy o poduszki, i lekko uniosła biodra. Był to gest tak naturalny, a jednocześnie tak wyzywający, że mężczyzna poczuł ukłucie triumfu. Pomógł jej pozbyć się spódniczki, a potem, gdy oboje byli już nadzy, poprowadził ją do ciasnej wnęki łazienki.
 
Pod prysznicem uderzyła w nich kaskada letniej wody. W oparach wilgoci ciała stały się śliskie i obce. Mężczyzna nałożył na dłoń mydło i powoli położył ją na jej sromie. Zaczął badać palcem wskazującym jej łechtaczkę, obserwując, jak dziewczyna przymyka oczy. Drugą dłonią sięgnął do jej pośladków, wsuwając palec głęboko, aż po same knykcie. Dziewczyna przylgnęła do niego, szukając ustami jego szyi, jej dłonie błądziły po jego plecach, by w końcu odnaleźć twardy, pulsujący penis. Pocierała nim o swoje uda, wydając ciche, gardłowe dźwięki.
 
 

 
Mężczyzna, czując narastającą niecierpliwość, wsunął palce w jej pochwę. Badał ją od wewnątrz, czując pod opuszkami cienką ściankę oddzielającą oba światy jej cielesności. "Jakże niewiele jest w niej tej dziewczęcości" – pomyślał z nagłym rozczarowaniem, gdy poczuł, jak silny i doświadczony jest pierścień mięśni zaciskający się wokół jego dłoni. To nie był anioł z kartki świątecznej; to była kobieta, która znała ciężar męskiego ciała. Jego pożądanie stało się przez to bardziej brutalne, nerwowe. Dodał drugi palec, poruszając nimi gwałtownie, jakby chciał wyrwać z niej jakąś prawdę, której mu nie wyjawiła.
 
„I oto wszystko, czego tak bardzo pragnąłem” – kołatało mu w głowie, gdy próbował wcisnąć w nią jak najwięcej, jakby ilość mogła zastąpić jakość doznań. Dziewczyna jednak zareagowała gwałtownie. Przecząco pokręciła głową, wymamrotała coś w swoim języku i zwinnym ruchem wysunęła się z jego uścisku. Przyklęknęła na mokrych kafelkach, biorąc jego penis w dłonie i próbując wsunąć go w gąszcz swoich mokrych, czarnych włosów. Ten ruch był jednak niezdarny, bolesny. 
 
Mężczyzna syknął i odsunął ją od siebie. Energicznie, niemal mechanicznie dokończył mycie jej piersi i bioder, a potem spłukał z niej resztki mydła.
Wytarł ją i siebie szorstkim ręcznikiem, po czym wziął ją na ręce i przeniósł z powrotem na koję. Nie chciał kończyć tego teraz. Pragnął celebracji, powolnego odkrywania czegoś, czego nie znalazł u dziesiątek innych kobiet w portach całego świata. Położył ją na plecach i usiadł nad nią okrakiem, dominując nad jej drobnym ciałem.
 
Zaczął od subtelnych ruchów. Wodził penisem po jej łonie, po płaskim brzuchu, aż do piersi. Przyciskał żołądź do twardniejących brodawek, jakby chciał je wcisnąć do środka, w głąb siebie. Dziewczyna wodziła za nim wzrokiem, a gdy uniósł się wyżej, dotykając jej ust i nosa, rozchyliła wargi. Wsunął się głęboko, czując ciepło jej jamy ustnej i jednoczesny ucisk moszny na jej podbródku. Jednak gdy poczuł, że jej ssanie staje się zbyt zaborcze, zbyt techniczne, wycofał się.
 
Ponownie położył się na niej, tym razem wsuwając penis między jej uda, drażniąc wejście do pochwy, ale nie wchodząc do środka. Dziewczyna zaczęła się prężyć, jej ciało stało się wilgotne i gorące. Podsuwała mu swoją szparkę, gryzła go w ramię, próbując wymusić penetrację, ale on trwał w swoim oporze. Wsunął w nią palce, drugą ręką podtrzymując jej pośladki. Ruchy stały się rytmiczne, mokre, niemal bulgoczące od nadmiaru podniecenia. Pościel pod nimi była już całkowicie przesiąknięta wilgocią. Gdy chwyciła go dłońmi, masując i ugniatając z desperacją, nagle się odsunął.
 
 

 
– Musimy się napić – powiedział ochrypłym głosem. – Zaprosiłem cię przecież pod choinkę.
Wyjął z szafki butelkę i napełnił dwa kieliszki czerwonym winem. Było słabe i lekko cierpkie. Dziewczyna usiadła na koi, podciągając kolana pod brodę. Piła powoli, a jej wzrok wciąż błądził między obrazkiem śnieżnego domku a nagim mężczyzną.
 
– Wesołych świąt – mruknął, dopijając swój kieliszek.
Odstawił szkło na stolik i sięgnął po zabezpieczenie. Dziewczyna patrzyła na ten gest z dziwnym wyrazem twarzy – jakby w tej jednej chwili cały czar prysnął. Kiedy w końcu w nią wszedł, poczuł uderzenie chłodu. Jej ciało, przed chwilą tak żarliwe, teraz stało się oziębłe, niemal nieruchome. Przyjęła go, ale bez pasji, z którą wcześniej o niego walczyła. Leżała pod nim jak manekin, podczas gdy on dopełniał aktu, który stracił swoją magię.
 
Gdy wrócił z łazienki, rzucając zużytą prezerwatywę do kosza, położył się obok niej, czując nagłe zmęczenie i pustkę. Dziewczyna jednak nie odeszła. Przybliżyła się do niego i ujęła w dłonie jego wiotczejący członek. Zaczęła go pieścić z niezwykłą delikatnością, niemal czule, jakby chciała odnaleźć w nim to, co było między nimi, zanim wmieszała się w to higiena i chłodna kalkulacja białego człowieka. W tej ciszy, przy akompaniamencie dogasającej kolędy, oboje próbowali odzyskać choć strzęp tej dziwnej wigilijnej nocy.
 
 Statek, wielki stalowy potwór, zdawał się oddychać wraz z nimi. Kadłub wydawał ciche, metaliczne jęki, gdy prądy zatoki napierały na burtę, a gdzieś w trzewiach maszynowni miarowo stukała pompa, przypominając echo bicia serca. W kabinie panował półmrok, rozpraszany jedynie przez nikły blask lampki, która rzucała długie, drżące cienie na ściany obite mahoniem. Zapach czerwonego wina mieszał się z aromatem tytoniu i czymś jeszcze – pierwotną wonią oceanu, która wdzierała się przez skajlajt, niosąc ze sobą obietnicę wolności i grozę bezkresu.
 
Mężczyzna leżał z rękami pod głową, patrząc w sufit, na którym tańczyły odblaski wody odbitej od lustra zatoki. Melodia kolędy dawno ucichła, zastąpiona przez jednostajny szum cykad dobiegający z lądu. Dziewczyna, wciąż naga i skupiona na swojej cichej pieszczocie, wydawała się teraz częścią tego statku, kolejnym elementem wyposażenia kabiny, równie egzotycznym co mosiężny sekstans na półce. Jej palce poruszały się z nabożną czcią, jakby próbowała naprawić zerwaną więź, którą on sam przeciął, sięgając po chłodną, lateksową barierę.
 
W tej ciszy mężczyzna poczuł nagły przypływ melancholii. Przypomniał sobie historię tego drobnego przedmiotu, który tak skutecznie zabił magię chwili. Pomyślał o Gabriello Fallopio i jego płóciennych osłonach z XVI wieku, o jelitach zwierzęcych i rybich pęcherzach, których używali dawni żeglarze, drżąc przed „francuską chorobą”. Całe wieki ewolucji od skóry jagnięcej do wulkanizowanej gumy Goodyeara sprowadziły się do tej jednej, krótkiej chwili w porcie, gdzie bezpieczeństwo wygrało z bliskością. W roku 1930 sprzedawano ich setki milionów, a on był tylko kolejnym trybikiem w tej maszynerii dystansu.
 
Za burtą plusnęła woda – może to ryba, a może ktoś z załogi łodzi tubylczych zanurzył wiosło, szykując się do powrotu. Dziewczyna nagle przerwała swoją pracę i spojrzała mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu nie było już pożądania, lecz coś na kształt niemego pytania o sens tej nocy. Mężczyzna poczuł, że choinka na kartce, śnieg i Betlejem są tylko okrutnym żartem w tym upalnym, lepkim świecie. Tutaj, nad zatoką, święta nie miały zapachu świerku, lecz rozgrzanej stali i słonej wody. Wyciągnął rękę i gładząc ją po wilgotnych włosach, zdał sobie sprawę, że mimo fizycznej bliskości, oboje są od siebie oddaleni o całe oceany.
 
 


















































 

Komentarze