Silownia

 Siłownia

Był środek lata. Najpiękniejsza pora roku z pewnością nie tylko dla mnie. Wiosna też jest ładna, kiedy przyroda budzi się do życia, ale lato ma w sobie jakąś magiczną moc. Słońce, pełnia zieleni wokoło — aż chce się żyć. Wiosną oraz latem zawsze kilka razy w tygodniu ćwiczyłem na siłowni. Trzeba było utrzymać się w przyzwoitej formie, spalić trochę tłuszczu po zimowej prze-rwie. Zimą nie miałem na ćwiczenia zbyt wiele czasu, przed świętami a także na początku każdego nowego roku w pracy nie można było odsapnąć — podsumowania, rozliczenia i plany na następny rok zajmowały sporo czasu. 


 

Po pracy nie miało się ani chęci, ani tym bardziej siły na jakiekolwiek ćwiczenia. Poza tym dzień był krótki, a zimowa pogoda często psuła mi dobry nastrój. Na te mroźne wieczory najlepszym dla mnie lekarstwem był film na video lub kilka godzin przed komputerem. Ale teraz była inna pora roku i ja tym samym zacząłem prowadzić aktywniejszy tryb życia. Trzy razy w tygodniu trenowałem na siłowni mojego kumpla Marka, z którym utrzymywałem kontakt od czasów skończenia ogólniaka. 

Zwykle się zdarza, że po maturze każdy wybiera studia w innym mieście i szkolne przyjaźnie się urywają. Z nami było inaczej, oprócz Marka w naszej paczce był Krzysiek, trzymaliśmy się w trójkę razem przez całą szkołę średnią i po dzień dzisiejszy wypadaliśmy czasami na piwo albo na jakąś imprezę. Podjechałem swoim escortem pod „Olimpica". W drzwiach przywitał mnie Marek:

 - Jak tam się sprawuje pojazd? — zapytał ściskając żelaznym uściskiem moją dłoń.

 - Nie najgorzej, a rzekłbym nawet, że dobrze. Nawet jeżeli by mu coś „dolegało" to mam dwuletni darmowy serwis — plusy kupna w salonie — odpowiedziałem — Ile dzisiaj wycisnąłeś? - Słabiutko, pięć razy sto czterdzieści. Nie mam dziś siły, pewnie przez ten upał. Kto to widział, żeby temperatura wynosiła 35 stopni! Robi nam się tutaj druga Hiszpania! Zaśmiałem się i ruszyłem do szatni. 

Na sali było kilkanaście osób. Trzy dziewczyny ćwiczyły na rowerkach. Jedną z nich znałem z widzenia, często ćwiczyliśmy o tej samej porze. Była atrakcyjną brunetką, nieznacznie młodszą ode mnie albo nawet moją rówieśnicą. Tak przynajmniej wyglądała. Miała zgrabne uda i pośladki, na pierwszy rzut oka widać było, że dba o swój wygląd nie od dziś. Fajnie było sobie popatrzeć na tak fizycznie atrakcyjną kobietę. Nie zastanawiając się długo skierowałem się w stonę ławeczki ze sztangą. Obok mnie wyciskał jakiś mięśniak. Jego nienaturalny wygląd świadczył o tym, że nie raz próbował sterydów i różnego rodzaju odżywek. 

Nigdy nie brałem tego rodzaju środków i nigdy nie zamierzam czegoś takiego próbować. Według mnie to środki dla osób mało wytrwałych, które chcą osiągnąć wyniki po paru miesiącach ćwiczeń. Ja ćwiczę systematycznie od 5-6 lat i też wyglądam zupełnie nieźle. Przede wszystkim mięśnie wytrenowałem w sposób naturalny. Wątpię, żeby ten dwudziestolatek dał mi radę. Wprawdzie wyglądał postawniej, ale siły więcej nie miał. Co z tego, że ma ponad 100kg wagi, a ja tylko 85. Ja przynajmniej miałem rzeźbę, a nie masę. A co jest lepsze — mięśnie czy tłuszcz? Chyba oczywiste jest, że to pierwsze. Tłuszcz siły nie daje. 

Kiedy kończyłem piątą serię 90kg sztangą, zauważyłem, że z drugiego końca sali spogląda na mnie ta ładna brunetka, która ćwiczyła teraz mięśnie pośladków. Nasze spojrzenia spotkały się. Twarda była, myślałem że nie wytrzyma, ale to ja się poddałem, spuszczając wzrok po kilkunastu sekundach wpatrywania się w jej piękne oczy. Jeszcze kilka razy w ciągu prawie 2 godzin treningu sytuacja się powtarzała. „Fajna laska" — pomyślałem. Zaintrygowała mnie tym, że nie bała się długo wpatrywać w oczy. 


Zawsze to ja byłem górą w takich starciach. Każda dziewczyna po kilku sekundach spoglądała w inną stronę, uciekając wzrokiem pod nogi lub poprawiając nerwowo włosy, stwarzając wrażenie lekko zawstydzonej. To była moja gra – cicha dominacja bez ani jednego słowa. Jednak tego dnia na siłowni, pośród zapachu magnezji i dźwięku uderzających o siebie ciężarów, trafiłem na kogoś, kto znał reguły równie dobrze jak ja. Dziewczyna przy maszynie obok nie spuściła wzroku. Jej spojrzenie było palące, rzucało wyzwanie każdemu mojemu ruchowi, gdy wyciskałem kolejne kilogramy. Czułem to napięcie na skórze bardziej niż pot spływający po skroniach.
Po skończonym treningu, kiedy mięśnie wciąż jeszcze drżały z wysiłku, poszedłem wziąć prysznic. 

Ciężki trening przy takim upale spowodował, że byłem kompletnie wykończony, a moje myśli krążyły jedynie wokół chłodnej wody. Puściłem zimny strumień i stałem pod natryskiem chyba dobre dziesięć minut, pozwalając, by krople zmywały ze mnie zmęczenie i resztki adrenaliny. Zamknąłem oczy, oddając się kojącej ciszy pustej, jak mi się wydawało, łazienki. Z tego transu wyrwało mnie nagle delikatne muśnięcie dłoni po plecach. Drgnąłem, ale nie ze strachu – to dotyk był zbyt pewny, zbyt celowy. Odwróciłem się powoli i zobaczyłem ją. Tę samą dziewczynę, z którą jeszcze nie tak dawno temu prowadziłem bezlitosne pojedynki na spojrzenia. Stała tam, ignorując fakt, że woda pryska na jej ubranie.
– Może umyć ci plecy? – zapytała.
Była naprawdę odważna. Nawet się nie znaliśmy, nie wymieniliśmy wcześniej ani jednego „cześć”, a ona po prostu weszła do męskiej strefy i zadała takie pytanie z uśmiechem, który balansował na granicy niewinności i bezczelności. Zamurowało mnie, ale moja męska duma szybko doszła do głosu. Chciałem się przekonać, do czego jest w stanie się posunąć i czy jej pewność siebie nie jest tylko maską.
– Bardzo chętnie. Proszę, tu masz mydło – odparłem, podając jej kostkę i odwracając się z powrotem do ściany.
Czułem się dziwnie. Dziewczyna, której imienia wciąż nie znałem, stała tuż za mną w ciasnej kabinie. Jej delikatne dłonie zaczęły masować mi kark, ramiona, całą powierzchnię pleców, zataczając coraz szersze kręgi. Czułem każdy centymetr jej palców, które z czasem stawały się coraz śmielsze, schodząc niżej, aż do pośladków.
– Masz ładny tyłeczek, wiesz? – powiedziała szeptem, który ledwo przebijał się przez szum wody.
– Chociaż nie jestem gejem, też tak myślę – odpowiedziałem, starając się zachować resztki rezonu.
Zaśmiała się perliście, a jej ręce, mokre od wody i mydlin, zaczęły wodzić po mojej klatce piersiowej i brzuchu. Mój organizm zareagował natychmiast – penis stał już gotowy do akcji, pulsując w rytm przyspieszonego bicia serca. Zauważyła to od razu. Wtedy, bez wahania, weszła pod prysznic w ubraniu, klęknęła przede mną na wilgotnych kafelkach i wzięła członka do buzi. Nie oponowałem. Choć sytuacja była irracjonalna, czułem się tam najlepiej na świecie.
Poddałem się jej pieszczotom, opierając się plecami o chłodną ścianę kabiny, która stanowiła jedyny stały punkt w tym wirującym świecie doznań. Znała się na rzeczy; mimo że mój pal był dosyć pokaźnych rozmiarów, niemal cały bez problemów zanurzał się w jej ustach. Jej język wyprawiał cuda, przyprawiając mnie o stan maksymalnej rozkoszy. Z żalem przerwałem te wspaniałe chwile, bo narastała we mnie potrzeba rewanżu. Była cała mokra, podkoszulek lepił się do jej ciała, prześwitując i nie pozostawiając wiele dla wyobraźni. Mogłaby startować w wyborach miss mokrego podkoszulka – z pewnością wygrałaby bez walki. Pokaźne piersi wspaniale zarysowywały się na tle zmoczonej tkaniny, a brodawki podniecająco sterczały, reagując na chłód wody i emocje.
Powoli zdjąłem z niej strój, delektując się każdym odsłanianym fragmentem skóry. Po raz pierwszy zobaczyłem ją w pełnej okazałości. Zgrabne uda, jędrne pośladki, płaski brzuszek i wydepilowana muszelka z kępką starannie ufryzowanych włosków – widok był po prostu obłędny. Nie czekając, zająłem się tym ciałem. Lizałem jej szyję, ssałem piersi, aż drżała z rozkoszy, i wodziłem językiem wokół pępka, schodząc coraz niżej. Gdy dotarłem do jej wnętrza, obdarowałem ją niezliczoną ilością pocałunków i pieszczot, o jakich marzy każda kobieta. Kinga – bo tak miała na imię, o czym dowiedziałem się znacznie później – jęczała głośno, wiła się i chwytała mnie za włosy, przyciągając mocniej do swego łona.


Klęczałem przed nią chyba z dwadzieścia minut, bo gdy w końcu wstałem, moje kolana zaprotestowały tępym bólem. Ona jednak nie dała mi odpocząć. Wskoczyła na mnie, oplatając nogami moje biodra, a ja, chwyciwszy ją pewnie za pośladki, wbiłem się w jej gorące wnętrze. Kochaliśmy się na stojąco, połączeni w dzikim rytmie pod strumieniami wody. Nabijała się na mnie mocno, a ciasnota jej ciała sprawiała, że finał zbliżał się nieubłaganie. Zauważyła to, zeskoczyła i raz jeszcze uklękła, by dokończyć dzieła dłonią i ustami. Po kilkunastu ruchach mój penis eksplodował, a gorąca sperma zalała jej piersi, mieszając się z kapiącą z góry wodą.
Przez kolejny miesiąc nasze życie przypominało film erotyczny. Spotykaliśmy się niemal codziennie, a każde miejsce wydawało się dobre – od tylnego siedzenia mojego samochodu, po przymierzalnie w galeriach handlowych. Kinga była niespożyta, pełna pomysłów i niesamowicie dominująca. I to właśnie, paradoksalnie, stało się początkiem końca.


Z czasem zacząłem zauważać, że ta sama pewność siebie, która przyciągnęła mnie w prysznicu, w codziennym życiu stawała się uciążliwa. Seks, choć był fundamentem naszej znajomości, nie wystarczał, by zbudować coś trwałego. Kinga nie znosiła sprzeciwu. Każda decyzja – od wyboru restauracji po plany na weekend – musiała należeć do niej. Ja również mam silny charakter; nie potrafię być tłem dla kogoś innego. Nasze rozmowy coraz częściej zamieniały się w licytację argumentów, a namiętność w łóżku zaczęła służyć jedynie jako sposób na rozładowanie agresji po kolejnej kłótni.


Zrozumiałem, że szukamy w życiu czegoś innego. Ja lubię dziewczyny spokojne, którym mógłbym dać oparcie i którymi mógłbym się zaopiekować w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Ona z kolei potrzebowała kogoś, kto bez mrugnięcia okiem poddałby się jej woli – faceta, który cieszyłby się z roli „pantoflarza”. Ja nim nie jestem i nigdy nie będę. Mimo mojej naturalnej skłonności do przewodzenia, byłbym w stanie iść na kompromis i stworzyć układ partnerski, gdzie obie strony mają równe prawa. Kinga jednak nie znała pojęcia „kompromis”. Dla niej istniała tylko jej racja albo wojna.


Rozstaliśmy się bez wielkich scen, po prostu pewnego dnia oboje milczeliśmy dłużej niż zwykle, rozumiejąc, że ogień wygasł. Zostały mi po niej wspomnienia – intensywne, wilgotne i pachnące mydłem z tamtej siłowni. Czasem, gdy biorę prysznic po treningu i zamykam oczy, wciąż czuję na plecach ten pierwszy, odważny dotyk, który zmienił zwykłe popołudnie w jedną z najbardziej upojnych przygód mojego życia.




























































 

Komentarze