Nieszablonowa zdrada

 Nieszablonowa zdrada

 Narzeczony Renaty był chorobliwie zazdrosny. Z czasem życie u jego boku stało się po prostu potwornie uciążliwe. Nie było mowy, żeby mogła na przykład po pracy spotkać się z koleżankami, posiedzieć w kawiarni i poplotkować sobie. W sensie dosłownym nie spuszczał jej z oka, kontrolował każdy ruch. Gdy szli gdzieś na imprezę, bała się nawet z kimś zatańczyć, bo później przez kilka dni zatruwałby jej życie uszczypliwymi uwagami. 

– Po co Ci taki facet, daj sobie spokój! – mówiła najbliższa przyjaciółka Renaty, widząc, co się dzieje. Z jej punktu widzenia kontynuowanie tego związku było bezsensem i okrutną męczarnią. Ale cóż. Każdy jest kowalem własnego losu. Renata odrzuciła możliwość zerwania z Arturem. Co więcej, w pewnym momencie przyjęła oświadczyny i wyszła za niego za mąż. Małżonek z uwagi na swoją zaborczość i podejrzliwość był niezwykle trudnym partnerem, ale Renata jakoś z tym sobie radziła. Jej najsilniej rozwiniętą cechą był spryt, który w niektórych sytuacjach graniczył wręcz ze zwierzęcą przebiegłością. Trudno chyba byłoby znaleźć drugą osóbkę. Potrafiącą tak skutecznie zamydlić oczy i uśpić czujność partnera. To, co na przykład zrobiła podczas imprezy karnawałowej, można śmiało określić jako majstersztyk. Otóż przyjaciele wpadli na pomysł, żeby w ich domu urządzić bal maskowy. Zapowiadała się wyśmienita zabawa. Renata zdawała sobie jednak sprawę, że Artur będzie jej pilnował. Musiała więc coś wymyślić, żeby w odpowiedniej chwili wymknąć się spod jego czułej opieki, tym bardziej że w gronie gości miał być mężczyzna. Który od dawna szalenie ją pociągał... 

 


 

 

To był wieczór pełen ciężkiego od oparów alkoholu powietrza, wirujących masek i dusznej atmosfery wzajemnej nieufności. Renata czuła na plecach palący wzrok Artura, który niczym strażnik więzienny śledził każdy jej ruch z kąta salonu. Jej mąż, w czarnym kostiumie weneckiego medyka, nie bawił się – on pełnił wartę.
Marta, jej najbliższa przyjaciółka, odziana w zwiewną, szmaragdową suknię, musnęła jej ramię. To był sygnał.
– Chodź, muszę poprawić makijaż – rzuciła Marta głośno, by Artur usłyszał.
Tuż po północy poszła z przyjaciółką do toalety. Gdy tylko zatrzasnęły drzwi i przekręciły klucz, atmosfera uległa zmianie. Przestronna łazienka na piętrze stała się ich sztabem dowodzenia.
– Szybko, nie mamy całej nocy – szepnęła Marta, już rozsuwając suwak swojej sukni.
Zaczęły się rozbierać z gorączkowym pośpiechem. Renata walczyła z haftkami swojej gorsetowej, purpurowej kreacji. Zsunęła materiał z ramion, pozwalając, by suknia opadła na zimne kafelki, tworząc wokół jej stóp barwną kałużę. Chwilę później stała przed lustrem niemal naga, jedynie w cienkich pończochach i bieliźnie, która i tak miała zaraz zniknąć. Marta w tym samym czasie wysunęła się ze szmaragdowego jedwabiu. Przez moment obie kobiety stały naprzeciw siebie bez ubrań, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Ciało Marty było nieco pełniejsze, ale w mroku maskarady i przy tym samym wzroście, różnica była nie do wyłapania dla zazdrośnika, który widział to, co chciał widzieć.
– Pamiętaj – syknęła Renata, naciągając na siebie suknię przyjaciółki. – Masz cały czas tańczyć. Nie zatrzymuj się, nie daj mu podejść blisko. Ma widzieć tylko kolor materiału i maskę.
– Wiem, wiem. Idź już, on na ciebie czeka – odparła Marta, walcząc z ciasnym gorsetem purpurowej sukni Renaty.
Renata poprawiła maskę – misterną, zdobioną piórami konstrukcję, która całkowicie zasłaniała jej rysy. Wyślizgnęła się z łazienki jako "szmaragdowa dama". Na schodach dostrzegła Artura. Stał tam, gdzie wcześniej, zesztywniały, obserwując dół sali. Zobaczył "purpurową postać" wychodzącą z łazienki (Martę) i natychmiast przykleił do niej wzrok. Renata, korzystając z cienia, wymknęła się z tajemniczym mężczyzną na górę do cichego pokoiku.


 


Mężczyzna czekał w półmroku małej biblioteki. Nie zamienili ani słowa – nie musieli. To była czysta, drapieżna chemia, hodowana od miesięcy w ukradkowych spojrzeniach. Gdy tylko zamknął drzwi, przycisnął ją do ściany. Renata poczuła jego dłonie na swoich udach, gwałtownie podciągające szmaragdowy materiał. Nie było czasu na subtelności. Jej oddech stał się rwany, gdy obcy mężczyzna odszukał ustami jej szyję, a jego palce splotły się z jej dłoniami.

Na łóżku nieznajomy całuje ją głęboko, a zaraz potem czuje, jak jego palce zaczynają bawić jej cipką. Jest bardzo otwarta i mokra na takie zabawy. Czuje jego dwa palce wewnątrz siebie, kiedy nieznajomy coraz szybciej pracuje, robi się coraz bardziej mokra i oszalała z podniecenia, jęczy i oddycha bardzo ciężko. Nie przerywa jej pieszczot palcami, jednocześnie używa kciuka na jej łechtaczce. Orgazm po orgazmie pojawia się i jej oczy cofają się do jej głowy raz po raz.

Po kilku minutach powiedział, że nadszedł czas, aby ją przelecieć. Umieszcza teraz w pełni twardego naganiacza w pobliżu jej cipki i pociera jej całą powierzchnię, aby uzyskać jej soki na całej cipce. Gdy czuje, kiedy wsuwa się w pełni do jej środka. Wzdycha i mówi „Święty Pieprzę Cię, gdyż jest taki duży”. Wsuwa i wysuwa się z niej. Jęczy, chwyta go za plecy i błaga, żeby posuwał mocniej i dalej. Przesuwa się ją trochę i kładzie nogi na nieznajomego ramionach, co otwiera jej cipkę i pozwala mu na pełny dostęp. Zaczyna pieprzenie tej pani, coraz mocniej. Oboje są w siódmym niebie.


W tym akcie nie chodziło tylko o pożądanie, ale o ostateczny akt buntu przeciwko złotej klatce Artura. Każdy ruch, każde głośniejsze westchnienie, które tłumiła w jego ramionach, było wydartym kawałkiem wolności. Czuła twardość jego ciała i chłód maski, która obtarła jej policzek. To była błyskawiczna, niemal zwierzęca rozkosz – intensywna, bo zakazana i ograniczona tykającym zegarem. Gdy szczyt nadszedł, Renata zagryzła wargi, by nie krzyknąć, czując, jak napięcie ostatnich lat uchodzi z niej wraz z drżeniem mięśni.
Po wszystkim stała chwilę, opierając czoło o chłodną szybę okna, próbując uspokoić tętno. Musiała wracać.
Zeszła na dół, przemykając bokiem sali. Marta, zgodnie z planem, wirowała w ramionach jakiegoś kuzyna, udając Renatę tak przekonująco, że Artur ani na moment nie odwrócił głowy w stronę schodów. Renata dała znak i obie kobiety ponownie zniknęły w korytarzu prowadzącym do łazienki.
I jeszcze raz poszła z koleżanką do toalety…
Wpadły tam zdyszane. Ponownie nastąpił gorączkowy taniec rąk i ubrań. Renata zrzucała szmaragdowy jedwab, który wciąż pachniał wodą kolońską tamtego mężczyzny, a Marta niemal wyrywała się z ciasnej purpury.
– I jak? – zapytała Marta, wciągając swoją sukienkę.
– Idealnie. Nawet nie drgnął – odszepnęła Renata, zapinając zamek i poprawiając włosy, które w nieładzie rozsypały się na ramiona. – Jesteś wielka, Marta. Uratowałaś mi życie.
Gdy kilka minut później Renata, już we własnym karnawałowym wcieleniu, stanęła u boku męża, ten natychmiast chwycił ją mocno za łokieć.



– Jak mogłaś tak się do niego łasić – warknął Artur, wbijając palce w jej skórę. W jego oczach płonął gniew, ale Renata czuła tylko wewnętrzny spokój.
Patrzyła na niego zza maski, pozwalając mu wierzyć w jego własną wersję wydarzeń. Nie próbowała się tłumaczyć. Wygrała tę noc, a smak tajemnicy był słodszy niż jakakolwiek próba wyjaśnień.

Gdy tylko zatrzasnęły się drzwi ich luksusowego samochodu, w kabinie zapanowała gęsta, lodowata cisza, przerywana jedynie ciężkim oddechem Artura. Renata kątem oka widziała, jak jego dłonie bieleją na kierownicy. Wiedziała, że zaraz wybuchnie – to był stały scenariusz. Tym razem jednak miała w zanadrzu broń, której on się nie spodziewał: absolutną pewność siebie i odwróconą psychologię.
– Nawet na mnie nie patrz – rzuciła pierwsza, zanim zdążył otworzyć usta. Jej głos był ostry, podszyty wypracowanym oburzeniem.
Artur gwałtownie zahamował przed ich domem.
– Ja na ciebie nie mam patrzeć?! – wrzasnął, odwracając się w jej stronę. – Widziałem, jak się ocierałaś o tego faceta na parkiecie! Całą noc! Myślałaś, że pod maską cię nie poznam? Te twoje ruchy, to bezwstydne kręcenie biodrami...
Renata zaśmiała się sucho, zdejmując maskę i rzucając ją na deskę rozdzielczą.
– Jesteś chory, Arturze. Naprawdę chory. To, co robisz, to już nie jest zazdrość, to jest czyste szaleństwo. Śledziłeś mnie wzrokiem tak bardzo, że aż ci się obraz rozmazał. To była Marta! Marta ubrała moją suknię dla żartu, kiedy poszłyśmy do łazienki, bo twierdziła, że jej gorset ją dusi. Chciałyśmy sprawdzić, czy w ogóle mnie rozróżniasz, czy kochasz mnie, czy tylko ten kawałek materiału, który na siebie wkładam!
Artur zamarł. To uderzenie było celne. Renata widziała, jak w jego głowie trybiki zaczynają zgrzytać.
– Marta? – wyksztusił. – Przecież... widziałem purpurową suknię...
– Tak, widziałeś suknię, ale nie widziałeś kobiety! – Renata wysiadła z auta, trzaskając drzwiami. Biegła po schodach do domu, a on ruszył za nią, potykając się o własne nogi. – Poniżyłeś mnie dzisiaj. Całą noc czułam twój oskarżycielski wzrok na plecach, podczas gdy ja siedziałam w toalecie, próbując pomóc Marcie zapiąć ten cholerny zamek, a potem piłam drinka w cieniu, patrząc, jak mój własny mąż daje się nabrać na najprostszy trik!
Weszli do sypialni. Renata zaczęła gwałtownie rozpinać suknię, tę samą, w której jeszcze godzinę temu oddawała się nieznajomemu. Jej ciało wciąż pulsowało tamtym wspomnieniem, ale teraz grała rolę skrzywdzonej niewinności.
– To ty mnie zdradziłeś, Arturze – powiedziała ciszej, stając przed nim w samej bieliźnie. – Zdradziłeś moje zaufanie, bo w każdej innej kobiecie widzisz mnie robiącą coś złego. Nie ufasz mi ani na grosz. Jak mam żyć z kimś, kto nie potrafi odróżnić swojej żony od jej najlepszej przyjaciółki?
Artur usiadł na brzegu łóżka, nagle oklapnięty. Jego agresja, zawsze karmiąca się jej strachem, teraz nie miała paliwa. Renata nie uciekała, ona atakowała.
– Przepraszam... – wymamrotał, chłapiąc dłońmi o uda. – To światło... i ten alkohol... wydawało mi się...
Renata podeszła do niego, kładąc mu dłoń na ramieniu. Czuła triumf. Jej „zwierzęca przebiegłość” zadziałała idealnie. Odwróciła uwagę od zapachu obcych perfum i rozmazanego makijażu, zamieniając swoją winę w jego błąd.
– Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć kolejną taką scenę – szepnęła, odwracając się do niego plecami, by nie widział błysku rozbawienia w jej oczach. – Dzisiaj śpisz w salonie. Muszę odpocząć od twojej paranoi.
Gdy zamknęła za nim drzwi, usiadła przed lustrem. Dotknęła swojej szyi, tam gdzie tajemniczy mężczyzna zostawił ledwo widoczny ślad. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Artur był teraz zbyt zajęty przepraszaniem i poczuciem winy, by zadać jakiekolwiek inne pytanie.

 

 

 

 


K

Kilka dni później Renata sądziła, że kurz po karnawałowej nocy już opadł. Artur, 

wciąż skruszony swoją „pomyłką”, stał się niemal chorobliwie usłużny. Przynosił jej kwiaty i rzadziej zerkał w jej telefon, próbując odkupić winy za niesłuszne oskarżenia. Ta sielanka pękła jednak jak bańka mydlana w czwartkowe popołudnie, gdy Renata wybrała się na lunch do modnej restauracji, pewna, że mąż tkwi na nudnym zebraniu w zarządzie.
Gdy czekała na sałatkę, poczuła na sobie czyjś wzrok. To nie był ciężki, duszny wzrok Artura. Ten był lekki, niemal kpiący. Podniosła oczy i serce podeszło jej do gardła.
Przy stoliku pod oknem siedział on. Tajemniczy mężczyzna z pokoiku na górze. Tym razem nie miał na twarzy maski. Był przystojny w sposób niepokojący – ostre rysy twarzy, kilkudniowy zarost i oczy, które zdawały się prześwietlać ją na wylot. Uśmiechnął się, uniósł kieliszek wina w niemym toaście i, ku jej przerażeniu, wstał i ruszył w jej stronę.
– Szmaragdowa dama w cywilu wygląda jeszcze lepiej – szepnął, nachylając się nad jej stolikiem tak blisko, że poczuła ten sam zapach wody kolońskiej, który kilka nocy temu wdychała w ciemnościach.
– Proszę odejść – syknęła Renata, nerwowo rozglądając się wokół. – Nie znamy się. To był błąd, jednorazowy incydent.
– Błędy zazwyczaj nie smakują tak dobrze – odparł, przysiadając się bez zaproszenia. – Nazywam się Marek. I obawiam się, że „incydent” zostawił po sobie pewien ślad.
Wyjął z kieszeni marynarki mały przedmiot i położył go na białym obrusie. To był kolczyk Renaty – unikalny wzór z rubinem, który dostała od Artura na rocznicę. Musiał spaść podczas ich gwałtownego zbliżenia w bibliotece.
– Twój mąż pewnie go szuka, prawda? Widziałem go na imprezie, wyglądał na człowieka, który liczy każdy kamień w biżuterii swojej żony.
Renata poczuła zimny pot na karku. To nie był już tylko romans, to był szantaż lub niebezpieczna gra. Marek nie wyglądał na kogoś, komu zależy na pieniądzach, raczej na kogoś, kto kocha adrenalinę tak samo jak ona.
– Czego chcesz? – zapytała twardo, starając się opanować drżenie rąk.
– Twojego numeru telefonu. I obietnicy, że kiedy zadzwonię, znowu będziesz potrzebowała „poprawić makijaż” z przyjaciółką.
W tym samym momencie telefon Renaty zawibrował na stole. Wyświetliło się zdjęcie Artura. „Kochanie, kończę wcześniej, podjechać po Ciebie pod biuro?”.
Renata spojrzała na Marka, potem na kolczyk, a potem na telefon. Gra stała się właśnie o wiele bardziej skomplikowana, niż zakładała. Jej zwierzęca przebiegłość musiała teraz wejść na zupełnie nowy poziom.

 



























































 

Komentarze