Uroki narzeczenstwa

Uroki narzeczeństwa 

Jej matka nienawidziła mnie całym sercem i duszą. Zazdrościła córce, że ma zdrowego trzydziestoletniego kutasa, który może w nią wchodzić o każdej porze dnia i nocy. I tak też było. Rano pracowaliśmy, a wieczorami oboje studiowaliśmy ekonomikę i organizację przedsiębiorstw. Dla mnie był to drugi fakultet, ponieważ okazało się, że z filozofii utrzymać się nie sposób. Małgosia była młodsza ode mnie o jedenaście lat. Jedynaczka, ulubienica tatusia, który posuwał się tak daleko, że wieczorem przed snem ścielił jej leżankę. Porządny facet, inżynier-konstruktor, tylko trochę zwariowany na punkcie córeczki.

 Poznaliśmy się na wykładach pierwszego roku. Siedziałem obok przemiłej dziewczyny w widocznej ciąży, od której emanowało w słowie i geście macierzyńskie ciepło. Rozmawialiśmy o bliskich narodzinach nowego człowieczka, próbując odgadnąć jego płeć. Byłem nerwowy, wszędzie mi się śpieszyło, więc rozmowa z pogodną, zrównoważoną blondynką koiła moje roztrzepotane zmysły. 

 


 

Trzeciego dnia wykładów, które odbywały się rano w wolną sobotę przyszedłem na salę nieco wcześniej, z plikiem kolorowych pism pod pachą, które zamierzałem przestudiować. Siedząca w rzędzie za moimi plecami dziewczyna, poprosiła o jedną z gazet i tak zaczęła się nasza znajomość. Po czterech godzinach wykładów, gdy zbierałem notatki z tyłu odezwał się głos:

 - Czy mogłabym jeszcze na trochę zatrzymać ten tygodnik, bo nie wszystko przeczytałam? 

Odwróciłem się powoli. Z pulpitem stała niższa ode mnie brunetka z włosami obciętymi na „Włoszkę", o ślicznych herbacianych oczach i iskrzącym nieskazitelną bielą uśmiechu. 

- OK może ją pani wziąć na pamiątkę. 

- Mam na imię Małgosia.

 - Tomek.

 - Dokąd teraz idziesz? - spytała.

 - Chyba na spacer - odrzekłem niezdecydowanie.

 - To ja też. Lubię chodzić.

 Wpakowałem resztę papierów do torby i wyszliśmy. 

- Wiesz - powiedziała - myślałam, że śpieszysz się do żony. Codziennie tak szybko wychodziłeś? 

- Nie mam żony. I nigdzie się nie śpieszę. Przynajmniej dzisiaj. 

- A dlaczego nie ożeniłeś się? - spytała dość natarczywie, jakby temat małżeństwa spędzał jej sen z powiek. 

- Czekałem na ciebie - odrzekłem spontanicznie i z wyrachowaniem. Miałem zamiar dodać - aż dorośniesz, ale ugryzłem się w język. 

Uśmiechnęła się promiennie i niby niechcący musnęła rękaw mojej kurtki. Szliśmy zerkając na siebie i nie dostrzegając innych ludzi. Było ciepło, trochę letnio, a trochę jesiennie. Po lewej stronie zamajaczył park, więc skręciliśmy w alejkę. Za zakrętem był krótki prześwit. 

Pod drzewem w otoczeniu krzaków stała pusta ławka. Usiedliśmy na niej. Wyciągnąłem z kieszeni papierosa i zapaliłem. Nitki babiego lata omotały na chwilę chmurkę dymu. Małgosia przysunęła się bliżej mnie. Jej gorące udo dotykało mojego. Objąłem ją ręką i pocałowałem. Wyjęła mi papierosa z dłoni, wyrzuciła i całując zagarnęła moją głowę obiema rękami. 

Wziąłem jej dłoń w swoją i położyłem na wzniesionym kroczu. Chwilę pogmerała przy suwaku, rozpięła go i włożyła wąską rączkę w rozporek. Odchyliła slipki i ujęła w paluszki nabrzmiałą męskość. Chwyciłem ją za pierś i wtulając wargi w jej włosy, szepnąłem namiętnie: Weź do buzi.

 - Ktoś może nadejść. 

- Nie bój się, zaufaj mi, będę patrzył. Pochyliła się nad rozporkiem okrywając go włosami i cichutko zaczęła ssać. A kiedy eksplodowałem, nabrała spermy w usta ile mogła i krztusząc się wypluła ją obok ławki. 

- Kochanie - rzekłem - to trzeba połykać.  Nie ma zdrowszej rzeczy pod słońcem. Z tego powstają dzieci. 

- Dobrze - odpowiedziała tłumiąc kaszel - będę połykała.

 - Wylizałbym ci cipkę, ale w tych warunkach jest to niemożliwe - zaanonsowałem swoje pragnienia.

 - Więc zapraszam cię do mnie. Przyjedź na osiemnastą. Uprzedzę rodziców i coś przygotuję. 

- Nie musisz nic przygotowywać. Wystarczy, że sama będziesz. 

- Tylko trochę ciasta i soczek. A teraz wymieńmy adresy i telefony.

 Poszedłem do kwiaciarni i kupiłem dwa bukiety kwiatów. Róże dla mamy, frezje dla córeczki. Drzwi otworzyła mi uśmiechnięta Małgosia. Przedstawiła mnie swoim rodzicom, wręczyłem kwiaty, chwilę porozmawialiśmy i Małgosia, jak ją nazywała matka, całkowicie zawładnęła moją osobą, zapraszając mnie do swojego pokoiku. 

Zamknęła starannie drzwi, powiedziała:

 Tu nikt nie wejdzie i złapała za mój suwak usiłując go rozpiąć. Wspięła się na palce i całując mnie namiętnie, poskarżyła się: 

- Dlaczego nie mogę go otworzyć? 

- Pomogę ci. Jednym ruchem rozsunąłem ekler. Ręka Małgosi błyskawicznie wsunęła się w otwór spodni i wyjęła bez trudu, sterczący seks. Nie wypuszczając go z dłoni skierowała mnie w stronę leżanki i gdy na nią po-słusznie opadłem, Małgosia położywszy się obok, wpatrzona w drgającą linę zaczęła lizać mi szew na genitaliach. Poprawiłem się nieco, wygodniej opierając się o ścianę i delikatnie gładziłem jej włosy. 

Języczkiem jechała teraz powoli w górę penisa, aż do nabrzmiałej główki, pieszcząc go paluszkami. Nabierała powietrze ustami i podszczypywała go swoimi murzyńskimi wargami. Dotarła do wierzchołka, włożyła sobie członka do gardła, najgłębiej jak mogła. Jeździła tak ustami w górę i w dół, wciągając w przełyk jego górne partie. 

Gdy poczułem, że lada moment wytrysnę, szepnąłem spuchniętym z podniecenia głosem, uważaj teraz, i za chwilę tryskałem spermą na nagich wyrzutach. Małgosia przełknęła mleczną falę wytrysków, wtedy podciągnąłem ją do góry, zsunąłem się na dywan i klęcząc ściągnąłem jej mokre w kroku majteczki. 

Popatrzyłem na zarośnięte łono i wsunąłem język pomiędzy wargi sromowe. Małgosia podkurczyła nogi i przycisnęła moją głowę do swojej spragnionej cipki. Lizałem ją z prawdziwą przyjemnością, całując od czasu do czasu delikatną skórę ud, nieco owłosione łydki i gładkie stopy. 

Przymknięte oczy dziewczyny, szkliły się niepokojąco w świetle kinkietów. Co kilka minut umykała z cipką przed moimi ustami, wtedy wytrącony z rytmu przeniosłem wargi na cudownie rozgrzany brzuszek. Lewą ręką uniosłem do góry podciągając bluzkę i zdecydowanym szarpnięciem uwolniłem cycuszki z niewoli biustonosza. Sutki były twarde i sterczące. 

Założyła mi nogi na ramiona. Całowałem naprężoną łechtaczkę w rozgotowanej cipce pachnącej zsiadłym mlekiem. Brzuszek i uda były mokre i lepkie, a ja z upodobaniem zlizywałem te mokrości i lepkości. Gdy nadszedł odpowiedni czas i poczułem, że znowu mi stoi, ująłem jej pupę w dłonie i przysunąłem bliżej krawędzi leżanki. 

Wsunąłem rozprażonego kutasa w gorącą cipeczkę i miarowo ruszając biodrami w przód i w tył, penetrowałem czeluści do których nie mógł dotrzeć język. Przy każdym kolejnym szturchnięciu Małgosia stękała ach i paluszkami pieściła nabrzmiałe brodawki. 

Po kilkunastu minutach wyskoczyłem z niej, wstałem, ująłem ją za ręce i przyciągnąłem do siebie. Wysunąłem język i owinęła nim mojego penisa, obejmując mnie ramionami. Kilka zdecydowanych ruchów i strzeliłem spermą kolejny raz w otwarte usta. Usiadłem obok niej, przytuliłem i całując szeptałem:

 - Moje kochanie, maleństwo... 

Dopiero teraz pomyślałem, jakbym się zachował, gdyby do pokoju nieoczekiwanie wtargnęli rodzice. Ósme piętro, skok przez okno niemożliwy. Nie, nie, wolałem o tym nie myśleć. W trzy miesiące później wzięliśmy ślub. 
WIKTOR REMPSTON 

 


















































 



Komentarze