Smaczny deser
W przed laty wydawanych „Piśmidłach", nr 9, w rozdziale zatytuowanym „Obóz wędrowny" pióra pani Aldony Mat, kierownik wycieczki, pan Marcin miał sjestę z apetyczną Sabinką. W trakcie figli poprosiła, aby pozbawił ją cnoty. Była wspaniałym deserem. Do namiotu wprowadziła ją wysoka Danka. Poleciła ją w słowach: „Sabinka jest też bardzo potrzeboska". To mówiąc zarechotała.
Do wysłania na adres redakcji miesięcznika „Świat Miłosnych Swawoli" mego opowiadania, mego, to znaczy Antoniego Pila przy uzgodnieniu z małżonką Marleną, skłoniły nas wynurzenia niejakiego Kazimierza Gliwickiego. Patrz ŚMS numer 9/2001 pod tytułem Stary Satyr. Jego wynurzenia są ilustrowane. Poza tym wspomniany numer przedstawia zbyt piękną szatynkę Adriankę ukazującą wielokrotnie kształtny tyłeczek z szczegółem tym, tam-tym, również powaby blondynki Kasi wdzięcznie rozchylającą swoje wdzięki no i brunetkę Angelę, chociaż 30-tatkę mogącą wzbudzić przy swoim tajemniczym spojrzeniu apetyt u danego faceta czułego na te rzeczy.
Ten pan Kazimierz, mówi, to znaczy. pisze. Użala się. Ale, znajduje wyjście w swoich kłopotach. Pisze, jak doszło, że za zgodą swojej małżonki sprowadza daną ślicznotkę i w troje uprawiają seks, aż miło. Jest miejsce na anal. również na lizanie kakaowego oczka przez starszą panią tej ślicznotce, gdy pan Kazimierz zapycha stereotyp.
Wrócę do moich, naszych spraw. Liczę już 55 lat i jestem powiedzmy, na wcześniejszej emeryturze. Natomiast Marlenka o 10 lat młodsza pracuje na 3/4 etatu w gabinecie lekarskim. Oboje, Marlenka i ja, po zamążpójściu córki Ulki z niejakim Sylwestrem Krzemieńskim o rodowodzie szlacheckim zamieszkała w Pipidówce. Prowadzą hodowlę drobiu. Mogą się poszczycić milutką Jaśminką. Ach tak, sami mieszkamy w bloku na parterze w ambitnym Herbowie dysponując trzema pokojami z wygodami.
Podążając tropem rodziny Krzemieńskich, od cioci Sylwka, zięcia znaczy się, Teodozji (kto pamięta słynne pana Emila w audycji radiowej „ciocia Teodozja") i wujka Witosława Siemaszów, przyjechała do nas pod sam blok w sobotę, w dniu 1 września 2001 ich dorodna, taka cacy 20-letnia Sabinka, oczywiście Sie-masz, w typie urody Claudii Shiffer. Od października miała zacząć studia lingwistyczne.
Jak doszło do niebywałego, szybkiego spiknięcia, które doprowadziło z początkowego zażenowania uroczej dziewczyny do tych, no, brutalnych scen erotycznych z tym lizaniem nawet kakaowego oczka a nawet, trudno mi to wyrazić, do próby gwałcenia mężczyzny od tyłu w trakcie zabaw tych, no, mniejsza z tym.
No więc. Po uprzednim porozumieniu pod względem wiktu i opierunku z panem Witosławem, który grzecznie usiadł w jadalni, który zgadzał się co do ostrożnego postawienia tych spraw, dla którego to nie było najważniejsze chętnie patrząc na moją Marlenkę a po wypiciu Kapuczino pożegnał się wsiadając do samochodu by wjechać na szeroką trasę w kierunku do pierwszej stolicy Polski, by dojechać do Pipidówka. Mógł mieć coś zakodowane, mógł odnieść wrażenie, że gdyby potem przyjechał z Teosią to czemu nie, wszystko zdarzyć się może. Nie uprzedzajmy faktów.
Po odjeździe pana Witosława nasze zajęcia i role chwilowo się rozdzieliły. Ja miałem się zająć przygotowaniem do wystawnej kolacji a panie zamierzały nadać szlif w naszej dawniejszej sypialni małżeńskiej. Z miejsca przebrały się nakładając skąpe wdzianka na zasadzie odwrotności no i przewrotności. Marlenka miała wydłużone spodenki do łydek, ale ukazując przy tym pępuszek przy skąpym staniku. Sabinka miała prześwitującą bluzkę ukazując dużo brzuszka, a przy skąpych majteczkach odkryte pośladki. Kolacja miała być na godzinę siódmą.
Zająłem się między innymi duszonym mięsem. Sam czułem jak mój diabeek zaczyna się dusić w starannych majteczkach typu męskiego, tak, że po prostu musiałem grzebając ręką ułożyć go w kierunku do góry. Każdy z nas to wie. Musiałem się jednak opanować i choć zaczynałem się czuć niespokojnie zabrać do tego, by mięso w silnie rozgrzanym tłuszczu nabrało rumianego koloru. Sos ma być z dodaniem kwaśnej śmietany. Jako jarzynka miała być marchewka z groszkiem. Alternatywą miała być ćwikła.
W ogóle miał być aperitif o nazwie hawajski. Potrzebna jest jałowcówka, sok pomarańczowy, likier curacao. Do kawy robionej po irlandzku (kawa, cukier, whisky, śmietana, dopruszone delikatnie kakao) mieliśmy trochę mazurka, słodkie rolady, ciasto francuskie, również wuzetki.
Już wspomniałem, że zrezygnowaliśmy z naszej dawniej przystosowanej do małżeńskich ekscesów sypialni. Pozostało jednak obszerne łoże małżeńskie z zdobiącym je wydłużonym lustrem, pozostał również także, jakby buduar, który dysponował tylko sztucznym oświetleniem, a będący jakby pomieszczeniem pozostałym z pewnych przeróbek budowlanych, tak, że dysponowaliśmy dodatkowym prysznicem jak i kącikiem sanitarnym.
Odniosłem wrażenie, że panie zadecydowały, by nic właściwie nie zmieniać tak, że upychając przywieziony bagaż panie po prostu jakby naturalnie przypadłszy sobie do gustu zaczynały przymierzać różne fatałaszki. Raz po raz wpadały do przyległego do kuchni pokoju by w sposób lekkomyślny przymierzać również ciuszki mej małżonki. Dlaczego określam, że w taki sposób? No, bo nie krępowały się. Fraszką było dla nich zdjąć i tak skąpe fatałaszki, by przymierzyć inne, raz to na ciałku dojrzałej kobietki drugi raz na wdzięcznej dla oczu męskich ciałku Sabinki. Może w tamtym pokoju doszły do porozumienia? Tak, czy inaczej czasem, odrywając się od zajęć kucharskich miałem czy to dopomóc, czy poradzić co jest lepsze, co gorsze, miałem być ich ekspertem od fasonu, koloru, sposobu dobierania damskich ciuchów, w tym i damskiej, och bielizny.
Wypadki potoczyły się, jak lawina. Coś tam poszeptały między sobą przy czym wzrok jednej i drugiej dziewczyny kierował się na mój brzuszek. Mogły zauważyć moje już, hm, męskie napięcie. Tak więc, miałem założyć modne hawajki do tego niezapiętą koszulę.
- Chcemy obie z Sabinką się zabawić, tak więc przynieś do akademika z lodówki ten krem bo Sabinka zgodziła się, by ją posmakować. A poza tym, skoro już, si ita res sunt, przynieś na golasa. Ocenimy twoją męskość. Możesz być ubrany w muszkę pod szyją, a tam możesz sobie zawiązać wstążeczkę. Będzie pikantniej.
- Moja luba Marlenka przy uśmiechu i aplauzie Sabinki powiedziała. Chichocząc, trzymając się pod rękę obie zniknęły.
Tak więc, zdążywszy się jeszcze dodatkowo przemyć, owszem, nasmarować delikatnym kremem tu i tam wparadowałem goły i wesoły niosąc na tacy (wyraz znany z krzyżówek jak atrybut kelnera) wspomniany krem z lodówki o smaku ananasowym (również umieszcza się w krzyżówkach: wspominam dlatego, że ubiegający się o milion w „Milionerach" nie rozwiązują krzyżówek gdzie jakiejś słowo występuje). Marlenkę i Sabinkę zstałem w pozycji wyczekiwania. Rozmawiały. Sposób ułożenia ich kobiecych ciałek był po prostu drażniący. Polegał na takim dostosowaniu się nóżek, by krzyżowały się tak, by umożliwić przysuwa-nie się cipek coraz to bliżej siebie.
Zdążyłem usłyszeć: „potem jeszcze porozmawiamy", by się zameldować. Marlenka zażartowała: „co tak długo się guzdrałeś?", ale wiedziałem, że nie muszę się tłumaczyć, a znaczyło to, że są napalone na mnie. Rozsunęły się. Marlenka poprawiając Sabince pozycję tak, by jej śliczne i takie zmysłowe nóżki się rozsunęły zaczęła tu i tam nakładać kremik dodatkowo zlizując sobie palec. Do mnie skierowała wzrok taki znaczący, bym zajął pozycję ze swoim spęczniałym kutasem nad główką ślicznotki. Sabinka nie wzbraniała się, ale wyszeptała, że chce mieć z przodu. Ustawiłem się klęcząco przy jej główce. Razem z Marlenką zaczęliśmy każde po swojemu obrabiać ciałko. Sabinka chętnie przystała na delikatne przesuwanie kutasem w jej buzi.
Byłem zdany na słuch jak Marlenka sobie poczyna z Sabinką. Wiedziałem, że Marlenka nie popuści. Starannie zlizując kremik z podbrzuszka mając ułatwione zadanie z uwagi na poprawioną fryzurkę przy cipce starała się pieścić dłońmi udka. Jak to mówią, Sabinka wiła się z rozkoszy. Następnie Marlenka, jak to ona, języczkiem na sztorc wsuwała i wysuwała w cipce Sabinki swój ruchliwy języczek. Trudno było określić, kto kogo dopingował. W każdym bądź razie Marlenka przeszła na palcówkę przy moim monotonnym wysuwaniu i wsuwaniu kutasa w buzi rozanielonej, prawie że w siódmym niebie naszej podopiecznej.
Mogłem się domyślać, że i Marlenka jedną rączką targa sobie również tam, gdzie trzeba, i że razem troje dojdziemy do szczytów uniesień
- Nie wysuwaj - zdążyła powiedzieć w trakcie akordu Sabinka do mnie. W tym czasie jej łono falowało tak, że każdy miał swoje.
Marlenka dbała o moją kondycję. Usiedliśmy nadzy na stojących obok fotelikach. Nie ma co! Jedna i druga może i nienasycona rozpostarła się na oścież. Przyniosłem drinki. Chciałem tym razem nałożyć swoje kolorowe hawajki, no, bo, och, członek okazywał chęci. Nie zakładaj, nas to podnieca. W opowiadaniu o Mariolce i Jolce w SMS jest taki szczegół, gdy pan Zbyszek popijając piwo po przerżnięciu Mariolki usłyszał taki zwrot. Teraz to szepnęła mi Sabinka. Gaworzyliśmy.
Ale fajnie, jakby powiedziała jedna koleżanka do drugiej w pewnym pornusie nadstawiając swój tyłeczek do pieszczot, dodała podtrzymując temat w dalszym ciągu Sabinka. Ale tym razem miałem jeszcze swoje przecież obowiązki kulinarne.
Poszedłem do kuchni. Zostawiłem dwie zgrane już ze sobą, no, dwie samiczki. Cieszyło mnie, że są chętne do figli ze sobą, ale też, że będą chciały mnie wykorzystać do oporu, byleby tylko starczyło mi sił.
Ciąg dalszy naszych miłosnych zmagań jeszcze w tym dniu, to jest, w sobotę w dniu pierwszy września ubiegłego roku postaram się opisać, opis dać. Zmarły, wspaniały rysownik, pan Szymon w jednym z czaso-pism poświęconych rozwiązywaniu krzyżówek przy-toczył pewien karambuł. Pani magister przez telefon do pielęgniarek: - „Panno Jolu, czy zrobiła pani spis dyżurek?".
No to tymczasem pa, pa.



















































Komentarze
Prześlij komentarz