Przejdź do głównej zawartości
Nazywano ją po prostu Tajką
Nazywano ją po prostu Tajką
Na pewno w Bangkoku miała swoje imię, a może nawet kilka w rodzaju Najszybsze Palce, Najnamiętniejsze Usta, kto wie czy nie grała pod pięknym aktorskim pseudonimem w widowisku „Fucking Shows „, tu straciła swą przeszłość i nikt nie zadawał sobie trudu, by zajrzeć do jej dokumentów i zwracać się do niej tak, jak zwracano się w dalekiej Tajlandii. Zjawiła się ze stertą kapeluszy ze słomki ryżowej najpierw na peryferyjnych targowiskach Dąbia i Bezrzecze, potem odważyła się zajrzeć na te położone w dzielnicach śródmiejskich. Szybko zorientowała się w topografii portowego miasta i poruszała się po nim coraz swobodniej.

, Kiedy wyprzedała wszystkie kapelusze, zaczęła się kręcić koło restauracji „Scandia” przy ul. Leszczynowej. Wkrótce w jej pobliżu przy ul. Łozowej wynajęła mieszkanie. Nie musiała długo czekać na wielbicieli masażu i orientalnego seksu. Wiadomość o Tajce rozeszła się błyskawicznie po mieście, ale do drzwi jej mieszkania stukali ci, którzy już coś niecoś wiedzieli o wyrafinowanej sztuce miłości Dalekiego Wschodu. Mówiono o niej, że nigdy taka mała nie dała tak wiele. Za Zaleskimi Łęgami kryło się już słońce, ostatnim blaskiem, ożywiając Martwą Wodę, gdy Sebastian Kurz stanął przed Tajką. Przez szeroko otwarte okno wpływał zachód słońca, odurzając woń traw i kwiatów z Siedlińskiej Kępy, głosy żeglarzy wiosłujących po Cegielince.
Tajka, tak bardzo filigranowa, że jak dziecko ginęła wśród naturalnej wielkości mebli, nie wywarła na mężczyźnie dobrego wrażenia. Była za drobna, pod skromną białą bluzką wypuszczoną na wytarte dżinsy nie spodziewał się odkrycia podniecających powabów ciała. Poza tym w czarnych oczach było dziecięce błaganie o litość. Zamierzał się wycofać, gdy powstrzymał go śpiewny głos. Upewniała się, czy przyszedł na masaż. Ledwo zdążył twierdząco skinąć głową, a Tajka przeistoczyła się w pewną siebie masażystkę. Kazała się mu rozebrać za parawanem, którego ścianki zdobiły sceny z „Kamasutry „.
, Kiedy stanął nagi, wskazała miejsce, gdzie miał się położyć. Wolał na nią nie patrzeć, zamknął oczy i dla jeszcze większego zabezpieczenia się przed oglądaniem chuderlawej, bezpierśnej dziewczyny przykrył twarz dłońmi. Pierwsze dotknięcie palców Tajki zdradzało prawdziwą maestrię masażystki. Miękkie, delikatne opuszki przedefilowały przez ciało jak nieskończenie wielka ilość mrówek spieszących się, by mszycom odgryźć skrzydła. Nie otwierając oczu przeniósł dłonie na podbrzusze, gotów bronić swej męskości.
Jego reakcję skwitowała cieniutkim i ostrym jak żyletka śmieszkiem, a w ślad za tym głosem rozległo się dudnienie palców. Sebastian skulił się, jakby istotnie w niego biły strugi deszczu. Wówczas znów rozległ się szatański chichot. Palce Sebastiana uniosły się o kilka milimetrów, co chyba nie uszło uwagi masażystki, bo pochyliła się i chwyciwszy w zęby jego palce zdjęła dłonie z podbrzusza, przenosząc je z delikatnością kotki na pościel.
Potem gwałtownie i dziko wbiła się dwoma zębami w skórę i wspierając się wargami usiłowała postawić maszt dla dryfującej łodzi rozkoszy. Poczuł się zawstydzony. Jak mógł tak starał się spełnić jej oczekiwania. Przychodziło mu to z trudem. W końcu, jednak profesjonalizm dziewczyny zwyciężył.
„Jestem niezły” – pomyślał, biorąc kurs na majaczący horyzont. Wszystko w nim rwało się do życia. Był jachtem z postawionym żaglem, który mógł rzucić się w morski żywioł. Nim wyruszył, wziął na pokład masażystkę. Morze wzburzyło się, rozkołysało. Sebastian ledwo zdołał utrzymać dziewczynę, wyślizgiwała się mu, sprawiała wrażenie, jakby cierpiała na morską chorobę, przed którą chciała uciec. Otworzył oczy. Rozkoszne dziecko patrzyło nań z rozbierającą ufnością. Przygarnął dziewczynę do siebie, objął ramionami. Czuł się tak, jakby ratował rozbitka na oceanie.
Z wdzięczności otrzymał zmysłową figlarność, ogień płci. Jak przed chwilą poznawał wirtuozerię palców, tak teraz rozkosz niesioną przez wąskie usta, drobne piersi i szczupłe uda. Każda sekunda zespolenia wyzwalała w niej nowe pomysły na pieszczoty. Lekka jak różowy obłok popędzany burzową chmurą włosów wypełniała każdy zakątek jego ciała, przenikała wonią kwiatów z ogrodu miłości, z ogrodu, którego brama szeroko się przed nim otworzyła. Bał się, że delikatna zmysłowość wymknie się mu, że cała rozkosz rozpłynie się w powietrzu, nagle obróci się w żart. Przewrócił ją, więc na plecy i popłynął na długiej fali tsunami. Poskromił jej figlarność, pieścił ją delikatnie, nie spiesząc się, opóźniając chwilę spiętrzenia namiętności. Lecz jej się to nie podobało.
Oderwała usta od jego ust i wbiła zęby w ramię, aż do bólu, do krwi jak jeździec ostrogę w bok leniwie kłusującego konia. Szarpnął ją za włosy. Zaśmiała się, a w jej śmiechu mężczyzna wyczuł dziką radość z bólu, jaki jej zadał, trzymając w zaciśniętej pięści mocno ściągnięte włosy do oskalpowania. Popatrzył na jej twarz.
Nie, to już nie była buzia rozkosznego dziecka, spoglądały nań oczy dojrzałej kobiety, doświadczonej, umiejętnie ukrywającej swe klęski w wielu miejscach świata pod grubą warstwą różu łuszczącego się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca wraz z rybim konaniem. Przeszła już zbyt wiele, by zespolenie się z jeszcze jednym mężczyzną mogło dać jej chwile rozkoszy. Wszystko wydawało się jej grą, a jedynym prawdziwym doznaniem ból.
Wciąż trzymając ją za włosy, drugą dłonią uderzył w ramię, najpierw lekko, a gdy w oczach ujrzał błysk radości – powtórzył cios, lecz już mocniej, a potem jeszcze mocniej i jeszcze. Wiła się pod nim skrętami dżdżownicy przygniatanej do ziemi ostrym patykiem, śmiała się wulgarnie, próbowała go ugryźć w rękę, w ramię, dosięgnąć do ust. Bił coraz szybciej, coraz celniej, a jej twarz wciąż wyrażała zadowolenie z tego, co ją spotyka. Jego sadystyczny zapał zaczął hamować ciężki, przykry odór, zapach starych piwnic, ciemnych korytarzy, peryferyjnych zaułków. Kiedy na jej wardze pojawiły się krople krwi zlizywane przez nią z chciwością wampira, Sebastian miał takie wrażenie, jakby leżał na wielkim cmentarzu wśród otwartych grobów i trumien.
Gloria Denis

Komentarze
Prześlij komentarz