Niezbyt udane małżeństwo, czyli zemsta kury domowej!
Był ciepły jesienny wieczór, gdy poznałam Lidię. Zauważyłam ją stosunkowo niedawno. Lubiłam obserwować jej drobną zmartwiałą twarzyczkę i smutny wyraz oczu. W naszym miasteczku nieczęsto spotyka się kobiety z włosami w nieładzie i z tak nieskazitelną figurą – i z tym czymś w twarzy, co sprawiało, że czułam wilgoć między nogami.

Często przesiadywała w hotelowej knajpie (jedynej w mieście) w towarzystwie krzykliwych facetów o zadymionych twarzach. Wpatrywałam się zauroczona w jej lubieżnie rozchylone usta i pozornie bezczynne palce ściskające w napięciu papierosa. W znudzonym wzroku, jakim obrzucała siedzących wokół samców, tkwiła jakaś tajemnica. Powód okazał się prozaiczny. Siłą, która trzymała blond Wenus na uwięzi, okazał się jej mąż, miejscowy rzeźnik drobiu. Widać było, a może tylko ja to widziałam, że nie miała przy nim słodkiego życia. Ich wieczorne „randez-vous” wypełniał pijacki rzęch i rechot stolikowych kamratów w asyście podchmielonych gąsek. Jak mi się później zwierzyła, w ciepłych zbliżeniach ze mną szukała tej jednej delikatnej, ognistej pieszczoty, aby ugasić pragnienie swej namiętności.
Widok męża nie napawał zbyt wielkim optymizmem. – Ciągła praca w rzeźni robiła swoje. Z młodego, wrażliwego młodzieńca wyrósł twardy mięsny realista.
Niezbyt udane małżeństwo
W ciemnym królestwie męża panowała trupia cisza. Rzemiosło, jakie uprawiał, skutecznie gasiło kurze życie. Zawsze ponury, zamknięty w sobie, przesiadywał większość dnia w swym skórzanym fotelu obitym srebrnymi ćwiekami. Sprawiał wrażenie oszukanego przez życie. Wszystkie kobiety miał za nędzne ptaszyska, zdradliwe i podstępne. Lidię traktował jak swą własność, poniżając ją często w obecności drobiowego inwentarza. Sprawy zaszły za daleko. Zrozumiała wreszcie, do czego usilnie dąży Mietek.
Miała stać się odkupieniem jego winy, usprawiedliwieniem sadyzmu na oczach ptasiej społeczności, gdyż on sam czuł się winnym tego, co robił. – W rzeczywistości kochał tylko ptaki, a w drugim wcieleniu był na pewno ornitologiem. Dla miłości, tej o której zawsze marzyła, czułej i wrzącej nie było miejsca od początku. Mietek od dawna ostrzył swe toporzysko i stało się jasne, że godzina biednej Lidii: wybiła nieuchronnie. Postanowiła uciec.. Pamiętnego wieczoru spotkałam ją w cichej parkowej alei.

Pada deszcz
Padał ciepły deszcz. Siedziała na ławce z odchylonymi na bok udami. Obie dłonie trzymała w majteczkach, a przez lekko otwarte drżące usta, przebiegał uśmiech erotycznych uniesień. Zbliżyłam się niepostrzeżenie i usiadłam ostrożnie obok niej…
Początkowo nie zauważyła mnie wcale. Dopiero po długiej chwili odczuła bliskość mojego rozpalonego ciała. I jakby na jakiś znak wysunęła długi, różowy języczek. Jednocześnie silnie zwarła rozstawione nogi i kurczowo zacisnęła rwe na spęczniałej mokrej cipce. Odgarnęłam mokre kosmyki włosów z policzków Lidii i zwinąwszy usta w trąbkę wessałam jej śliski jęzorek. Wokół nas unosiły się gęste opary wilgoci z ogrodowych drzew i krzewów. Na brunatne kałuże spadały ciężkie krople wody, wydając przyjemny odgłos plusku. Wsunęłam delikatnie dłoń pod zmoknięty płaszcz Lidii. Była naw! Gorące, parne ciało wydzielało miłą, podniecającą woń.
Usłyszałam ciche westchnienie i nagle wyczułam jej palce w okolicach swego krocza. Zakręciło mi się przez chwilę w głowie od nagłego strumienia rozkoszy. Momentalnie wzięłam jej rękę między swoje nogi, ruchami bioder wzmagając tarcie łechtaczki.

Pragnienia jej ciała
Nasze spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy i, aby spotęgować siłę wspólnych doznań, wsunęłam sutkę Lidii do chłodnych ust. Teraz w pełni odczułam pragnienia jej ciała; te długie niespełnione lata niepotrzebnych wyrzeczeń w kaźni szalonego rzeźnika. To śliczne ciałko. usychające z braku miłości, piszczało teraz radośnie, kwitnąc płomiennie od ożywczych pieszczot. Starałam się rozbudzić w Lidii skrywaną kobiecość, jedyną jaka jest dostępna płci pięknej.
Męskie zapędy i ich warcholskie usposobienie nie miały dostępu do tej cudnej. rajskiej krainy. Męzczyźni potrafili tylko jedno: przyjść, zaspokoić swoje żądze i odejść, nie troszcząc się wcale o rozognione, łakome ciepła kobiece ciało. Może istnieją też inni… – niestety, moje dośniadczenie nie potwierdza tego.
Lidia pojęła chyba sens tych myśli, bo położyła zbłąkaną główkę nąmych wzburzonych od gniewu piersiach i zaczęła z lekka chlipać łzawie. Przykro jest patrzeć, gdy ktoś tak jawnie i głośno chce mówić o swej krzywdzie. Trzeba było temu jakoś zaradzić. Posadziłam Lidię wygodnie na ławce i zapuściłam się w dobrze znane rejony. Uda ukochanej drżały zmysłowo, a rytmiczne skurcze pośladków zsyłały przez wilgotną pochwę miłosny słodki zapach. Julia Nowak, Niezbyt udane małżeństwo, czasopismo Extasy1995-08

Komentarze
Prześlij komentarz